O mówieniu i pisaniu: co można, co trzeba, a co nie każdemu przystoi

Po pierwsze: warto, a nawet trzeba unikać schematów. Niedawno skończyłem korektę książki, w której większość zdań, które wymyślił autor, miało właśnie taką konstrukcję: zaimek który był wszechobecny. Jeden przykład: Wyobrażał sobie, że spotyka się z gwiazdą, którą widział w teatrze, w którym był w zeszły piątek, która mu się bardzo spodobała. Czytanie takiej książki to katorga, a co dopiero jej korygowanie. Owszem, przekonstruowanie takiego zdania często nie jest łatwe. Czasami trzeba się mocno wysilić, no i mieć trochę fantazji (żeby nie powiedzieć: kreatywności, bo to słowo ostatnio okropnie nadużywane, a nic tak nie szpeci tekstu niż powielanie haseł wyświechtanych, pseudomodnych i pseudouczonych). Nie chodzi tu jednak o unikanie zaimka który za wszelką cenę. Proszę porównać przytoczone zdanie z taką jego wersją: Wyobrażał sobie, że spotyka się z gwiazdą, którą w zeszłą sobotę widział w teatrze, a która mu się szalenie spodobała. Prawda, że zupełnie inaczej? Mimo że też zawiera dwa zaimki, o których tu mowa.

Nie zamierzam się wgłębiać w teorię składni, bo budowa zdań podrzędnie złożonych to sprawa nader skomplikowana i niejedną mądrą księgę o tym napisano. Ważne jest to, żeby nie bać się powtórzeń, ale mocno na nie uważać i tak konstruować zdania, żeby te powtórzone wyrazy były jakby niewidoczne – bo nieschematyczne.

Z unikaniem powtarzania zaimka który wiąże się kolejna kwestia. I tak nam się ten temat rozgałęzia…

Kontrakt, którego jeszcze nie było – czytam tytuł w pewnej gazecie. Źle! Musi być: JAKIEGO jeszcze nie było. Zaimek który i zaimek jaki nie są równoważne! Różnią się niuansami, ale czasami w sposób bardzo istotny. Weźmy na przykład takie zdanie: Zmienia się nasz styl życia, zmienia się też język, jakim się posługujemy. Tu wszystko jest OK. A porównajmy to z innym przykładem: Język polski jest tym językiem, który odziedziczyliśmy po przodkach. I tu też jest pięknie! Czują Państwo tę różnicę między jaki a który? Jest oczywista czy zaledwie subtelna? Warto zapamiętać taki oto duet: ten, który. On podpowiada, na czym polega błąd w pierwszym zdaniu tego akapitu. Przecież to oczywiste, że TEGO konkretnego kontraktu nie mogło jeszcze być, ale podobny – owszem. Dobre są natomiast dwa kolejne zdania, ponieważ język polski to nie jest jakiś przymiot, styl, ale właśnie konkret: ten, jeden jedyny, natomiast sposób mówienia tymże językiem ewoluuje, prawdziwe jest więc stwierdzenie: zmienia się język, jakim się posługujemy (mimo że to wciąż ten sam język polski, co jest stwierdzeniem nieco ryzykownym, ale tego wątku nie będziemy tu rozwijać, może kiedy indziej).

Inny znakomity przykład, z autentycznego postu na Facebooku: Strona internetowa, KTÓRĄ zbudowaliśmy, daje wiele możliwości. Artysta sam uzupełnia dane na swój temat. A wśród nich są m.in.: imię, nazwisko, charakter twórczości, media, JAKIE wykorzystuje, i tematyka, JAKĄ porusza w swoich pracach… Wymarzona ilustracja trudnego tematu z poprzedniego akapitu: strona (która?) – ta konkretna, nasza; media (jakie?) – jakieś, nie chodzi o tytuły, nazwy stron www, lecz o ich charakter, profil; wreszcie tematyka (jaka?) – tu z definicji wiadomo, że chodzi o cechy, przymioty, więc zaimek który nie ma tu czego szukać.

I na koniec temat z ostatniej chwili:

Wygrywam tą pierwszą turę… – był łaskaw zakomunikować tuż po ogłoszeniu pierwszych powyborczych sondaży obecny pan prezydent. I wywołał tą wypowiedzią burzliwą dyskusję na Facebooku. Bo w zasadzie należałoby powiedzieć TĘ pierwszą turę. Ale czy na pewno? Zapytany o podobną kwestię prof. Grzegorz Dąbkowski z UW napisał w poradni – zgodnie z najnowszymi uzgodnieniami na najwyższych szczeblach językoznawczych: „W starannej polszczyźnie powinniśmy pisać i mówić Weź tę książkę. Tradycyjna forma  bywa jednak zastępowana formą . (…) W mowie potocznej jest to dopuszczalne, zwłaszcza w takich, jak podane w pytaniu, potocznych kontekstach: Połóż tą łyżkę. Daj tą skarpetę”.

Ba, ale czy prezydent może mówić językiem potocznym? Czy to w ogóle uchodzi głowie państwa? Oto jest pytanie, ale tego Wasz korektor nie rozstrzygnie na tutejszym blogu. Korektor postanowił odpowiedzieć na Fb iście salomonowo: „Owo nieszczęsne tą turę to naprawdę niewielki błąd (o ile w ogóle błąd), nie warto kopii kruszyć. Mówienie za wszelką cenę i w każdych okolicznościach (podkreślam: mówienie, a nie pisanie, bo to co innego) tę turę, tę książkę, tę bułkę przez bibułkę trąci hiperpoprawnością. Pisać tak trzeba, ale mówić – niekoniecznie. Obyśmy tylko takie mieli w Polsce problemy, byłoby cudownie! Wszystko byśmy sobie wyjaśnili na blogu i byłby spokój”.

Cdn.

Technologiczni giganci a pandemia

Branża technologiczna udowodniała światu swą nieodzowność na długo przed wybuchem pandemii koronawirusa, a jej kadra kierownicza lubi określać swoje firmy mianem „przedsiębiorstw użyteczności publicznej”. W ostatnich jednak latach wielu ludzi zaczęło postrzegać korporacje IT jako źródła dezinformacji, gniewu i manipulacji, zauważając jednocześnie, że najbardziej dochodowe firmy w historii ludzkości nie zawsze kierowały się ideałami kryjącymi się za głoszonymi przez nie hasłami.

Pandemia stała się okazją, aby firmy technologiczne potwierdziły swe pierwotne cele. I tak oto Google Meet stało się jednym z narzędzi wykorzystywanych przez szkoły do nauki na odległość, zaś AmazonFresh umożliwił zakupy artykułów spożywczych bez konieczności wyjścia do sklepu. Gdy rządy nie reagowały odpowiednio na sytuację, koncerny technologiczne wystąpiły w roli dobroczynnego przyjaciela, chętnego do podania pomocnej dłoni. Jak napisał w kwietniu dyrektor naczelny Microsoftu, Satya Nadella, „stojące przed nami wyzwania wymagają bezprecedensowej współpracy między biznesem a rządem”.

Również w kwietniu Google i Apple ogłosiły, że zawieszą rywalizację, by współpracować z krajami całego świata nad stworzeniem nowego systemu alarmowego. W tym celu ponownie miałyby one zrekonfigurować niekompatybilne ze sobą mobilne systemy operacyjne celem umożliwienia powiadamiania użytkowników o tym, czy znaleźli się w zasięgu urządzenia należącego do pacjenta z COVID19.

Szok wywołany wirusem przytłoczył rządy wielu krajów na każdym szczeblu. W państwach stojących w obliczu niemożliwego do opanowania napływu wniosków o zasiłek dla bezrobotnych Amazon i Google podjęły działania mające na celu przebudowę wiekowych już systemów tak, aby pieniądze mogły płynąć bez biurokratycznych przeszkód. Mówiąc o możliwym nowym sojuszu, Nadella nawiązywał do błyskawicznego przejścia na telemedycynę i wirtualną naukę. Zdrowie publiczne i edukacja mogą stanowić tradycyjne funkcje rządu, Nadella zasugerował jednak, iż jego branża powinna dzielić ten ciężar: „w Microsoft postrzegamy się jako cyfrowe siły wczesnego reagowania”.

W obecnych, dziwnych czasach korzyści płynące z gospodarki internetowej są niepodważalne i powinniśmy być za nie wdzięczni. Ale to nie powód, by powstrzymać się od wątpliwości, czy branża technologiczna nie próbuje jak najbardziej wykorzystać tę sytuację. W latach poprzedzających pojawienie się wirusa krytycy zaczęli prorokować, że niektóre firmy technologiczne wkrótce staną się potężniejsze od rządu. Ich zasięg działania, wpływy oraz zdolność do manipulowania opinią publiczną oraz kształtowania rynków pozwoliłyby im panować bez jakichkolwiek przeszkód.

O nabywaniu wiedzy czy kapusty, czyli kilka spraw nieoczywistych

O nabywaniu wiedzy czy kapusty, czyli kilka spraw nieoczywistych

Uzbierało się w ostatnich tygodniach trochę spostrzeżeń, którymi chciałbym się z Państwem podzielić. Chodzi o często spotykane błędy, których omówienie trudno znaleźć w słownikach, a nawet w specjalistycznych poradnikach traktujących o pisaniu.

W pewnej instrukcji znalazło się takie zdanie: Niektórzy pracownicy mają umiejętności, które nabyli w konkurencyjnych firmach. Niedobrze! Musi być: KTÓRYCH nabyli. Wygląda to nieco dziwnie – jakby umiejętności były osobami. A jednak tu naprawdę musi być końcówka ych. Nabywa się (kogo, co?) kapustę, buty, sól, samochód. Ale pojęć abstrakcyjnych, niematerialnych, takich jak zdolności, wiedza, ogłada, wprawa, doświadczenie, praktyka czy właśnie umiejętności nie kupuje się w sklepie ani na targu, one są nabywane nieco inaczej. Tu musi być DOPEŁNIACZ, a nie biernik! Nabywa się (kogo, czego?) umiejętności, zdolności, doświadczenia itd. I dlatego w cytowanym zdaniu powinno być: …pracownicy mają umiejętności, których nabyli Nawiasem mówiąc, nabywanie wspomnianych butów czy kapusty to stylistyczny zgrzyt; o wiele ładniej, naturalniej jest tu mówić (pisać też!) po prostu o kupowaniu. Gdybyśmy czasownik nabywać zarezerwowali tylko do owych pojęć „z górnej półki”, jak wiedza czy umiejętności, łacno by się wszystkim utrwaliło, że on wymaga dopełnienia w dopełniaczu, a konstrukcja z biernikiem by zanikła. Dwie korzyści za jednym zamachem.

Kolejna sprawa: dość powszechna maniera zastępowania spójnika i wyrazem wytrychem czy. Maniera wielu dziennikarzy, okropnie denerwująca Waszego korektora, który ją z uporem maniaka zwalcza. Niestety, syzyfowa to praca. Czytamy w dziale sportowym gazety: Był piłkarzem m.in. Legii Warszawa czy Groclinu Grodzisk Wielkopolski. Na następnej stronie: Pracował w Jastrzębskiej Spółce Węglowej czy w Tauronie. Wielu ludzi to nie razi, niektórzy się już przyzwyczaili, bo widzą takie coś codziennie w doniesieniach żurnalistów. Ale to nie jest normalne! Nie można zamiast zwykłego spójnika i wstawiać czy! Taki zakaz trudno znaleźć w słownikach poprawnościowych (sam szukałem tu i ówdzie), ale warto na to dziwne zjawisko zwrócić uwagę. Wszędobylskie słówko czy służy do wielu celów, ale nie można go używać w tego typu konkretnych wyliczeniach, które wymagają po prostu połączenia spójnikiem i. Proszę zwrócić uwagę na różnicę między podanymi tu zdaniami a wyrażeniem nabywanie butów czy kapusty, którego sam użyłem w poprzednim akapicie. Tu mamy do czynienia z przykładami, których jest nieskończenie wiele, ale urywamy tę wyliczankę, żeby niepotrzebnie nie wydłużać tej listy. I taki właśnie zabieg sugeruje spójnik czy. Gdy wymieniamy konkretne elementy, a zwłaszcza gdy ich lista jest krótka i właśnie zakończona, wstawianie pomiędzy te elementy czy to nonsens. Spróbujmy walczyć z tą plagą.

Inna konstrukcja. Moim zdaniem – zabawna. Niestety nie wszyscy widzą tę śmieszność; gdyby ją wyczuwali, toby tak nie pisali. Jako nieliczni radzimy sobie z pandemią. Domyślamy się, co autor chciał nam przekazać, ale nie wolno używać takiego „skrótu myślowego”, ponieważ brak w nim logiki! Nasuwa się pytanie: jak nieliczna to grupa, z ilu osób się składa? Ale przecież nie o to tu chodzi. Dlatego powinno być oczywiście: Jako jedni z nielicznych… – logicznie i zrozumiale. Przypomina się w tym kontekście znana ze szkoły i tępiona (z marnym skutkiem) podobna nielogiczna fraza: iść po najmniejszej linii oporu. Zamiast, rzecz jasna, iść  

po linii najmniejszego oporu. Ale tego nie będziemy tu roztrząsać, tutejsi Czytelnicy na pewno znają ten błąd i go nie popełniają. Jeszcze jedna dygresja. Na początku tego akapitu napisałem: gdyby ją wyczuwali, toby tak nie pisali. Obawiam się, że tym razem nie wszyscy wiedzą, że toby się pisze razem – i podejrzewają korektora o popełnienie błędu. A jednak nie! Z premedytacją użyłem tego słówka, żeby zaintrygować i zachęcić do czytania kolejnych odcinków serialu o pułapkach polskiej ortografii. W jednym z nich omówimy właśnie tę dość skomplikowaną sprawę: kiedy piszemy toby, a kiedy to by.

O „dniu dzisiejszym” i „chwili obecnej” – paskudnych naroślach na języku

Celem tego cyklu artykułów, któryśmy uroczyście zainaugurowali poprzednim felietonem, ma być praktyczne poradnictwo – rozwiązywanie mniejszych i większych problemów językowych. Chętnie przyjmuję to wyzwanie. Po paru dziesięcioleciach pracy w zawodzie korektora, po lekturze tysięcy książek, wielu czasopism i kilku gazet oraz niezliczonych pomniejszych publikacji, a także po równie żmudnej, ale ekscytującej pracy nad słownikami ortograficznymi – uzbierało się trochę spostrzeżeń i doświadczenia. Spróbuję się tym doświadczeniem z Państwem podzielić.

„Błagam, zacznij od nieszczęsnego na dzień dzisiejszy, które każdego dnia słyszymy po kilka razy w mediach” – takie oto zadanie otrzymałem na początek tej mojej zbożnej twórczości.

Podzielam złość za to zmierzłe wyrażenie. Wyszło ono z języka urzędniczego i trafiło na podatny grunt w mediach, a stąd przedostało się niestety do powszechnego użytku. Bo czytelnicy i słuchacze doszli do przekonania, że skoro wszyscy ważni i uczeni tak piszą i mówią, to widocznie tak należy. Nieprawda, nie należy! Jest równie beznadziejne i wstrętne jak w dniu dzisiejszym, na chwilę obecną czy w miesiącu kwietniu. To paskudna narośl na języku. Oby bolesna dla tych, którzy się nią posługują! Mało co mnie tak denerwuje jak używanie tej okropnej narośli w codziennym języku zwykłych Polaków. Sam słyszałem przez drzwi (mieszkam w bloku, chcący czy niechcący często słyszę, co się dzieje na klatce schodowej, nic na to nie poradzę), jak jedna sąsiadka prosiła drugą o szklankę cukru, a ta odparła: Niestety, na chwilę obecną nie mam cukru, ale wyślę córkę do Biedronki, to kupi. Zgroza stylistyczna!

Niektóre koślawe sformułowania mają swoich „ojców”, na przykład nieszczęsne w temacie (zamiast normalnego na temat) wykoncypował najprawdopodobniej Lech Wałęsa – to on pierwszy używał tego dziwoląga w niemal każdej swojej wypowiedzi. Natomiast pochodzenie dnia dzisiejszego i innych tego typu potworków nie jest jasne, mamy tu zapewne do czynienia z „autorem zbiorowym”: kastą urzędników, polityków i innych ważniaków, którzy zamiast powiedzieć po prostu: dzisiaj, teraz, w tej chwili czy w kwietniu, chcą sobie dodać powagi, wyższości, namaszczenia, nie wiadomo czego jeszcze – i dlatego dokładają całkowicie zbędne otoczki, komplikując proste słowa. Ostrzegam: w ten sposób przypisywane sobie przymioty wstawiają w cudzysłów, demonstrując takie rzeczywiste swe cechy jak butność, nadętość, wreszcie grzech główny: pycha.

No nie, chyba trochę przesadziłem. Te ciężkie oskarżenia, zwłaszcza to ostatnie, przysługują tylko niektórym z owych nadętych. Bardzo możliwe bowiem, że to po prostu obecność dziennikarza lub wręcz widok mikrofonu tak działa na tych ludzi. Zaczynają się wstydzić potocznego języka, jakim się na co dzień posługują, peszą się i usztywniają, sądząc, że tak trzeba, no, bo gdy się zajmuje tak eksponowane stanowisko (skoro o wywiad proszą mnie dziennikarze, to znaczy, że nie jestem przecie byle kim!), należy stosować styl wyższy, upiększyć wypowiedź, mówić mądrze i dostojnie. No i „upiększają”. Tymczasem pokrętna, napuszona forma bywa najczęściej jałowa i pozbawiona treści, a powagi mówiącemu na pewno nie dodaje, wręcz przeciwnie!

Do listy paskudztw zaśmiecających naszą piękną polską mowę trzeba by dodać jeszcze wiele zwrotów i wyrażeń, m.in.: jestem taką osobą, która…; nie mam wiedzy w tym temacie…; jak ja to nazywam… – ale o tym może w jednym z następnych odcinków.

Chińskie obyczaje poskromione

Chińskie obyczaje poskromione

Zacznijmy od powitania. Najczęściej wystarczy skinięcie głową lub ukłon (głęboki oznacza, że kłaniający się darzy daną osobę dużym szacunkiem). Z wyciągnięciem dłoni do uścisku lepiej zaczekać, aż zrobi to Chinka czy Chińczyk – nie wszyscy przejęli ten zachodni zwyczaj. Nie rzucamy się do uścisków i nie poklepujemy rozmówcy, bo naruszyłoby to jego prywatną strefę. Nie wpatrujemy się zbyt długo w czyjąś twarz, a zwłaszcza oczy. Nie proponujemy też przejścia na ty.

Chińczycy otaczają szacunkiem osoby starsze i są przywiązani do hierarchii. Tradycyjnie bardziej liczy się dla nich społeczność niż jednostka, a najważniejsza jest harmonia. Co to oznacza na co dzień? Choćby to, że Chińczyk stara się znaleźć w każdej sytuacji rozwiązanie, które pozwoli zadowolić wszystkich zainteresowanych. Co nie oznacza, że nie dostrzeże, gdy ktoś chce tę jego skłonność wykorzystać do własnych celów.

Warto też pamiętać, że w sytuacji, gdy coś jest trudne do uzyskania lub niewykonalne, chiński rozmówca nie powie o tym wprost. Będzie kluczył, używał sformułowań typu „zobaczymy, co da się zrobić”, „to się okaże”. Lepiej wtedy nie napierać.

Dla Chińczyków ważne jest to, by w każdej sytuacji zachować twarz. Oznacza to, że absolutnie nie wolno nam z nich żartować. Lepiej też nie pytać o Tybet i politykę ani nie komentować stosunku chińskiej władzy do praw człowieka. Co świadczy o tym, że przekroczyliśmy granice? Choćby wciąganie powietrza przez zęby czy sztuczny uśmiech.

Na szczęście nie planujemy żadnych poważnych dyskusji. Za to chcielibyśmy spróbować lokalnej kuchni. Najlepiej w miejscach, w których stołują się miejscowi. I gdzie obowiązują lokalne zwyczaje. To zaś oznacza, że musimy opanować posługiwanie się pałeczkami i pamiętać, żeby ich nie krzyżować, nie wbijać w jedzenie i nie upuścić na ziemię.

Przy chińskim stole można zachowywać się swobodnie jak na europejskie standardy. Nikt nie obrazi się za mlaskanie i bekanie. W wielu miejscach nadal resztki rzuca się po prostu pod stół, skąd zostaną uprzątnięte po posiłku.

Nieco inaczej rzecz ma się w przypadku, gdy zostajemy zaproszeni na posiłek. Wówczas przy stole staramy się nie gestykulować i nie rozmawiamy o interesach. Posiłek rozpoczyna gospodarz, on również daje hasło do tego, by zrobić przerwę np. na papierosa. Koniec posiłku sygnalizuje podanie owoców.

Tak czy siak, jeśli chcemy pokazać się od dobrej strony, warto spróbować każdej postawionej na stole potrawy. W tym celu można dzielić się daniami ze współbiesiadnikami – nikogo to nie zdziwi. Po skosztowaniu zaś dobrze jest potrawę pochwalić. A jeśli coś nam nie smakuje lub mamy dość, zostawiamy jedzenie na talerzu. Jeśli zjemy wszystko, co zostało podane, damy sygnał, że… dostaliśmy za mało.

Wyjeżdżając do Chin, warto zabrać ze sobą prezenty. Co dawać i jak?

Przede wszystkim należy zadbać o to, by zapowiedzieć wręczenie podarków i by mieć ich tyle, ile osób będzie uczestniczyć w spotkaniu w danej chwili. A to po to, by nie wprawić chińskich znajomych w zakłopotanie – tradycją jest, że podarek dostaje każdy, tak więc obdarowani muszą mieć możliwość odwdzięczenia się. Wręczanie najlepiej zacząć od osób najstarszych lub tych o najwyższym statusie społecznym.

Prezent nie powinien składać się z czterech elementów (np. cztery filiżanki), bo w Chinach liczbę cztery uważa się za pechową i kojarzy ze śmiercią. Nie może to być również zegar, bo w tamtejszej kulturze symbolizuje on koniec, w tym śmierć. Lepiej też unikać drobiazgów w bieli, to biały to w Państwie Środka kolor żałoby.

Co tam ciekawego, korektorze, czytasz na tym wielkim monitorze?

Dość często zadają mi ludzie takie lub podobne pytanie, zerkając przez ramię na ekran komputera, i przy tej okazji chcą się utwierdzić w przekonaniu, że oni też by mogli wykonywać taki łatwy i przyjemny zawód. Wszak oni też mieli w szkole piątki z dyktand i świetnie znają ortografię. I tu czeka ich przykra niespodzianka, bo ja na takie dictum lubię odpowiadać pytaniem: „A czy wziąłeś korektora w dwa przecinki?”. (Pytaniem niby żartobliwym, bo któż, mówiąc, myśli o przecinkach. Zgoła nikt. Z wyjątkiem złośliwego korektora). No i niestety najczęściej się okazuje, że nie wziął! Tak samo by postąpił z panem w słynnym zdaniu Co tam, panie, w polityce? tudzież z szewcem w jakże mądrym porzekadle Pilnuj, szewcze, kopyta… – I zaczyna się dyskusja o interpunkcji. I protesty: bo jakże tak stawiać przecinki po każdym wyrazie! Czyż to nie gruba przesada? A z drugiej strony narzekanie korektora – no bo jak można nie wydzielić ze zdania takiego wołacza! Toż to szkolny błąd, omawiany przez panią od polskiego już w podstawówce. I drugi, za przeproszeniem, aspekt interpunkcyjny, nieco trudniejszy: dlaczego tak mało ludzi pamięta o konieczności poprzedzenia i zamknięcia (!) przecinkiem imiesłowowego równoważnika zdania (jak w pierwszym zdaniu tego akapitu, proszę spojrzeć nieco wyżej). Bo przed i przecinka się nie stawia? Ależ nic podobnego! Wszystko zależy od budowy zdania. Owszem, nie stawia się, gdy ów spójnik łączy części równorzędne, ale weźmy taki przykład: Szedł, czytając SMS, i wpadł na słup – przecinek tu jest konieczny! Właśnie dlatego, że musi on zamknąć wpleciony element z imiesłowem.

Trudny temat? Ależ nie! Wystarczy odrobina gramatyki ze szkoły podstawowej. Oraz przekonanie, że ta cała interpunkcja nie jest wymyślona na złość ludziom, żeby im utrudniać życie, ale po to, żeby pisać precyzyjnie i umożliwiać dokładne zrozumienie tego, co autor miał na myśli. Czasami zwykły przecinek ma wręcz kolosalne znaczenie! Weźmy dwa przykładowe zdania. (Kto jest biegły w internetach, być może już je gdzieś widział, ale warto je tu powtórzyć, bo to „klasyka gatunku”). 1) Jedzcie, dzieci. Jedzcie dzieci. 2) Moja stara piła leży w piwnicy. Moja stara piła, leży w piwnicy. Prawda, że przecinek robi różnicę?

Przyjrzyjmy się jeszcze jednemu (łatwiejszemu) zjawisku z dziedziny interpunkcji, zjawisku niestety powszechnemu i denerwującemu. Dlaczego ludzie są aż tak leniwi, że nie chce im się postawić pytajnika na końcu zdania, gdy o coś pytają? To irytująca plaga na rozmaitych forach internetowych, w komunikatorach, esemesach, komentarzach na Facebooku i innych takich. Co za karygodne zaniedbanie! Czy kliknięcie w pytajnik to taki wielki problem? Aha, bo trzeba jeszcze wcisnąć dodatkowy klawisz. No tak, to ogromny wysiłek, nie można tego wymagać zwłaszcza od kogoś, kto próbuje zacząć rozmowę pytaniem (?) Co tam. Niedoczekanie. Taki delikwent dostaje od korektora bana z całej siły.

Nie da się ukryć, emocje – wbrew pozorom – nie są obce Waszemu korektorowi, stara się jednak miarkować w ich okazywaniu w codziennych rozmowach. Jeszcze bliższym uczuciem jest mu bowiem umiar, ostrożność i łagodność w krytykowaniu, nader wyrozumiałe traktowanie rozmaitych błędów. Można by go wręcz posądzić o interesowność w tym względzie – o to, że czyni tak, mając na uwadze swój „rynek”, swój „biznes”. No bo cóż by miał do roboty, gdyby wszyscy pisali doskonale…

No właśnie: umiar, umiarkowanie – to cechy wielce godne polecenia także w starannej polszczyźnie. A jeśli umiar, to i tzw. ekonomia językowa. Wszyscy znają słynny dwuwiersz zapisany przez wieszcza Juliusza Słowackiego: Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa. Jeśli uzupełnimy ten cytat równie często przywoływanym porzekadłem: mądrej głowie dość dwie słowie – otrzymamy zwięzłą zasadę dobrego, porządnego mówienia i pisania. Logicznego, klarownego i równocześnie pięknego.


Specjalnie dla From-To: Krzysztof Szymczyk

Na podbój Państwa Środka

Na podbój Państwa Środka

Izolacja z powodu zagrożenia koronawirusem sprawia, że coraz tęskniej spoglądamy na mapy. I zaczynamy całkiem poważnie planować wyprawę do Chin. To wielki kraj, pełno w nim miejsc wartych obejrzenia, więc planowanie zajmie nam trochę czasu i pozwoli nie myśleć o ograniczeniach…

Oczywiście nie zamierzamy jechać na tradycyjną wycieczkę do Państwa Środka. Chcemy nie tylko zobaczyć, ale i posmakować Chiny. Poczuć ich zapach, energię. Dlatego szukamy kontaktu z mieszkańcami tego kraju, którzy również lubią podróże i zechcą nas wesprzeć w zorganizowaniu wyprawy na zasadzie wzajemności.

W Chinach planujemy zobaczyć kilka kluczowych miejsc. Pierwsze to oczywiście Pekin i Zakazane Miasto. Wybudowane w związku z przeniesieniem w XV w. stolicy Chin z Nankinu, było siedzibą kolejnych cesarzy aż do powstania w 1912 republiki. Kompleks ok. 800 pałaców rozmieszczonych na obszarze liczącym 960 m długości i 760 m szerokości. Szkoda, że bilety doń są jednodniowe…

Na pewno postaramy się też wejść na legendarny Wielki Mur: wiemy już, że można doń dojechać z Pekinu pociągiem. I wiemy, że nieprawdą jest, że budowlę tę można zobaczyć z kosmosu – przeczą temu i relacje astronautów, i zdjęcia satelitarne…

Chcemy także zobaczyć Xi’an, miasto powstałe przed ponad 3 tys. lat, pierwszą stolicę potężniejącego państwa. To tu zaczynał się Jedwabny Szlak i tu powstała Terakotowa Armia – tysiące wojowników strzegących miejsca spoczynku pierwszego chińskiego cesarza.

Pociąga nas również Szanghaj, największe chińskie miasto, a w nim zarówno zabytki (liczne świątynie) i muzea, jak i dzielnica wieżowców – Pudong. No i najdłuższa na świecie linia kolei magnetycznej, na której rozwijana jest prędkość 430 km/h.

To wszystko chcemy zobaczyć i poczuć dzięki nawiązaniu kontaktu z Chińczykami. Ale zanim się za to weźmiemy, warto poznać nieco różnice kulturowe między nami. Przede wszystkim po to, by nie popełnić jakiegoś faux pas.

A różnic tych jest sporo. I choć coraz częściej Chińczycy mówią po angielsku i przyjmują zachodni styl życia, w kontaktach z nimi warto przestrzegać kilku zasad.

Jakich? O tym opowiemy w kolejnym wpisie na naszym blogu.

Zagadki z odległej przeszłości

Zagadki z odległej przeszłości

Izolacja w związku z zagrożeniem koronawirusem sprawiła, że czas, który najchętniej spędzilibyśmy na odkrywaniu nowych miejsc, przeznaczyliśmy na porządkowanie wspomnień z tych już odkrytych. W tym o wyprawie, którą nazwaliśmy „W poszukaniu odpowiedzi”.

Aż dziw, że do tej pory nie podzieliliśmy się z Wami tą opowieścią, skoro przedmiotem poszukiwań były źródła Polski i polszczyzny. Skłoniły nas do nich w 2018 roku zapowiedzi hucznych obchodów odzyskania przez nasz kraj niepodległości. Trochę przewrotnie zaczęliśmy się zastanawiać nad tym, kiedy i od czego zaczęła się ta nasza wspólna historia. I jak to się stało, że choć domyślamy się często, co mówią do nas Rosjanie czy Czesi, bo w naszych językach jest wiele podobnych słów i konstrukcji, więcej nas jednak od nich językowo różni.

A przecież w języku polskim są także słowa podobne do wyrazów o tym samym znaczeniu w językach zachodniej Europy: niemieckim, włoskim, francuskim, angielskim. Weźmy choćby noc (ang. night, niem. Nacht, franc. nuit, szw. natt, łac. nox, lit. naktis) albo matkę (odpowiednio: mother, Mutter, mère, mor, mater, motina).

Pierwsze wyjaśnienie, jakie większości z nas przychodzi do głowy, to wpływy łaciny – języka Kościoła, nauki i dyplomacji. Ale badacze znaleźli starsze źródło tych podobieństw. To język praindoeuropejski, którym mówiły ludy zamieszkujące obszar między Europą Środkową a Azją Centralną w V i IV tysiącleciu p.n.e. Najprawdopodobniej, bo inna hipoteza mówi o języku protoindoeuropejskim, który miał pochodzić z Anatolii (obecnie Turcja)…

Okazuje się, że badania lingwistyczne i genetyczne mające wyjaśnić tę sprawę wciąż trwają – poczytać o nich można choćby tutaj.

W każdym razie z tego prajęzyka wywodzi się język indoeuropejski, z którego z kolei wyrosły pragrecki, praitalski, pragermański, prabałtycki. Ten ostatni był źródłem prasłowiańskiego, z którego wydzieliły się w czasach wielkiej ekspansji plemion słowiańskich w pierwszej połowie pierwszego tysiąclecia n.e. języki południowo-, wschodnio- i zachodniosłowiańskie.

Trzecią z wymienionych rodzin tworzyły: polski, czeski, słowacki, łużycki, kaszubski, a także wymarły przed wiekami połabski. Niektórzy wymieniają w tej rodzinie także języki pomorski i słowiński, ale dyskusje nad tym, czy były to odrębne języki, czy tylko dialekty, nadal trwają.

Język polski wywodzi się z mowy Polan. Czyli z jednego z dialektów lechickich – plemion zamieszkujących tereny Wielkopolski, Śląska, Małopolski, Mazowsza (byli to Bobrzanie, Dziadoszanie, Lędzianie, Opolanie, Ślężanie, Wiślanie i wspomniani Polanie).

O tym, że z dialektów lechickich przetrwał i rozwinął się ten używany przez Polan, zdecydowała polityka. To ona prowadzi nas na Ostrów Lednicki, a także do Gniezna, Giecza i Poznania. I do kolejnej zagadki dotyczącej odległej przeszłości.

Wiadomo, że zaczątkiem państwa polskiego było władztwo ustanowione w Wielkopolsce, a potem w kolejnych regionach przez Mieszka I. Aby je umocnić i zabezpieczyć, książę Polan poślubił czeską księżniczkę Dobrawę. A ta namówiła go na przyjęcie chrześcijaństwa, co nastąpiło w 966 roku. I wraz z późniejszą wizytą niemieckiego cesarza Ottona III w Gnieźnie

(w 1000 roku) i koronacją Bolesława Chrobrego (1025) zapoczątkowało powstanie organizmu państwowego. Czy Mieszko zdecydował się na chrzest, by umocnić swą pozycję wobec sąsiadów? Czy specjalnie przyjął go z rąk czeskiego kapłana, by zaznaczyć swą niezależność od Niemiec? Ta teoria, niegdyś powszechna, dziś traci na znaczeniu, bo nie ma niczego, co by ją potwierdzało. Nie ma również źródeł wskazujących, gdzie doszło do chrztu. Mógł on mieć miejsce w Gnieźnie, Gieczu, Poznaniu – grodzie założonym i obsadzonym przez księcia – albo na Ostrowie Lednickim. O tym, co przemawia za, a co przeciw poszczególnym lokalizacjom, więcej znajdziecie tutaj.

Tę ostatnią lokalizację wskazywano przez długi czas jako właściwą za sprawą znalezisk archeologicznych. Poszukiwania podjęto ze względu na widoczne, a niszczejące pozostałości oraz przekonanie, że było to dla Polski ważne miejsce. Pisał wszak o nim Jan Długosz jako o lokalizacji pierwszej gnieźnieńskiej (i zarazem polskiej) katedry. Pierwsze prace archeologiczne rozpoczęto na wyspie w połowie XIX wieku. Kolejne w latach 1932–1935, a następne jeszcze przed zakończeniem II wojny światowej. Badania trwają w tym rejonie do dziś. W rezultacie prac odsłonięto m.in. wielkie cmentarzysko, pozostałości kaplicy pałacowej z basenami chrzcielnymi, resztki krypty, grodu, wału i podgrodzia. Znaleziono też mnóstwo artefaktów – wyrobów ceramicznych, broni, ozdób, kilka łodzi… Pochodzą one głównie z X i XI wieku; w 1038 zabudowa wyspy została zniszczona w wyniku najazdu czeskiego księcia Brzetysława.

Większość znalezisk można zobaczyć, zwiedzając Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy. Ich wielość i wiek robią wrażenie. Przede wszystkim jednak warto popłynąć na wyspę. Co pół godziny wyrusza ku niej prom, poruszający się wolno najkrótszą drogą; przejażdżka promem trwa kilka minut. Na miejscu zwiedzający może zobaczyć kilka stanowisk archeologicznych, w tym jedno kluczowe: z pozostałościami książęcego pałacu i kaplicy oraz widoczną misą chrzcielną. Ogląda się je w ciszy, bo wyspa znajduje się w oddaleniu od uczęszczanych szlaków komunikacyjnych.

Potem warto przespacerować się wzdłuż brzegu i zobaczyć to, co zostało z kościoła grodowego, z przyczółka mostu, który za czasów Mieszka I łączył Ostrów ze stałym lądem, z wału obronnego i umocnień brzegu (mapka i opis stałej wystawy na wyspie). To nie będzie długi spacer, ale warto się na niego zdecydować. Także po to, by posmakować urody jeziora Lednica. Ale i po to, by przez chwilę pomyśleć… nie, nie nad rozwiązaniem zagadki, gdzie doszło do chrztu księcia Polan. To zostawmy badaczom.

My zastanawialiśmy się, w jakim języku mówił i myślał Mieszko I, pierwszy znany Polak. Do dziś przetrwało z niego jedynie nieco nazw geograficznych i imion, odnotowanych przez obcych kronikarzy – niekoniecznie w ich prawdziwym brzmieniu. Dopiero w 1270 roku zapisano (w Księdze Henrykowskiej – kronice klasztoru cystersów w Henrykowie koło Wrocławia) pierwsze zdanie po polsku:Day ut ia pobrusa a ti poziwai(Daj, ja pobruszę, a ty poczywaj).

Jak niezwykłe okazały się losy tego języka, w którym mówili i tworzyli potem m.in. Jan Kochanowski, Adam Mickiewicz, Stanisław Lem i Olga Tokarczuk…