O „dniu dzisiejszym” i „chwili obecnej” – paskudnych naroślach na języku

Celem tego cyklu artykułów, któryśmy uroczyście zainaugurowali poprzednim felietonem, ma być praktyczne poradnictwo – rozwiązywanie mniejszych i większych problemów językowych. Chętnie przyjmuję to wyzwanie. Po paru dziesięcioleciach pracy w zawodzie korektora, po lekturze tysięcy książek, wielu czasopism i kilku gazet oraz niezliczonych pomniejszych publikacji, a także po równie żmudnej, ale ekscytującej pracy nad słownikami ortograficznymi – uzbierało się trochę spostrzeżeń i doświadczenia. Spróbuję się tym doświadczeniem z Państwem podzielić.

„Błagam, zacznij od nieszczęsnego na dzień dzisiejszy, które każdego dnia słyszymy po kilka razy w mediach” – takie oto zadanie otrzymałem na początek tej mojej zbożnej twórczości.

Podzielam złość za to zmierzłe wyrażenie. Wyszło ono z języka urzędniczego i trafiło na podatny grunt w mediach, a stąd przedostało się niestety do powszechnego użytku. Bo czytelnicy i słuchacze doszli do przekonania, że skoro wszyscy ważni i uczeni tak piszą i mówią, to widocznie tak należy. Nieprawda, nie należy! Jest równie beznadziejne i wstrętne jak w dniu dzisiejszym, na chwilę obecną czy w miesiącu kwietniu. To paskudna narośl na języku. Oby bolesna dla tych, którzy się nią posługują! Mało co mnie tak denerwuje jak używanie tej okropnej narośli w codziennym języku zwykłych Polaków. Sam słyszałem przez drzwi (mieszkam w bloku, chcący czy niechcący często słyszę, co się dzieje na klatce schodowej, nic na to nie poradzę), jak jedna sąsiadka prosiła drugą o szklankę cukru, a ta odparła: Niestety, na chwilę obecną nie mam cukru, ale wyślę córkę do Biedronki, to kupi. Zgroza stylistyczna!

Niektóre koślawe sformułowania mają swoich „ojców”, na przykład nieszczęsne w temacie (zamiast normalnego na temat) wykoncypował najprawdopodobniej Lech Wałęsa – to on pierwszy używał tego dziwoląga w niemal każdej swojej wypowiedzi. Natomiast pochodzenie dnia dzisiejszego i innych tego typu potworków nie jest jasne, mamy tu zapewne do czynienia z „autorem zbiorowym”: kastą urzędników, polityków i innych ważniaków, którzy zamiast powiedzieć po prostu: dzisiaj, teraz, w tej chwili czy w kwietniu, chcą sobie dodać powagi, wyższości, namaszczenia, nie wiadomo czego jeszcze – i dlatego dokładają całkowicie zbędne otoczki, komplikując proste słowa. Ostrzegam: w ten sposób przypisywane sobie przymioty wstawiają w cudzysłów, demonstrując takie rzeczywiste swe cechy jak butność, nadętość, wreszcie grzech główny: pycha.

No nie, chyba trochę przesadziłem. Te ciężkie oskarżenia, zwłaszcza to ostatnie, przysługują tylko niektórym z owych nadętych. Bardzo możliwe bowiem, że to po prostu obecność dziennikarza lub wręcz widok mikrofonu tak działa na tych ludzi. Zaczynają się wstydzić potocznego języka, jakim się na co dzień posługują, peszą się i usztywniają, sądząc, że tak trzeba, no, bo gdy się zajmuje tak eksponowane stanowisko (skoro o wywiad proszą mnie dziennikarze, to znaczy, że nie jestem przecie byle kim!), należy stosować styl wyższy, upiększyć wypowiedź, mówić mądrze i dostojnie. No i „upiększają”. Tymczasem pokrętna, napuszona forma bywa najczęściej jałowa i pozbawiona treści, a powagi mówiącemu na pewno nie dodaje, wręcz przeciwnie!

Do listy paskudztw zaśmiecających naszą piękną polską mowę trzeba by dodać jeszcze wiele zwrotów i wyrażeń, m.in.: jestem taką osobą, która…; nie mam wiedzy w tym temacie…; jak ja to nazywam… – ale o tym może w jednym z następnych odcinków.

Chińskie obyczaje poskromione

Chińskie obyczaje poskromione

Zacznijmy od powitania. Najczęściej wystarczy skinięcie głową lub ukłon (głęboki oznacza, że kłaniający się darzy daną osobę dużym szacunkiem). Z wyciągnięciem dłoni do uścisku lepiej zaczekać, aż zrobi to Chinka czy Chińczyk – nie wszyscy przejęli ten zachodni zwyczaj. Nie rzucamy się do uścisków i nie poklepujemy rozmówcy, bo naruszyłoby to jego prywatną strefę. Nie wpatrujemy się zbyt długo w czyjąś twarz, a zwłaszcza oczy. Nie proponujemy też przejścia na ty.

Chińczycy otaczają szacunkiem osoby starsze i są przywiązani do hierarchii. Tradycyjnie bardziej liczy się dla nich społeczność niż jednostka, a najważniejsza jest harmonia. Co to oznacza na co dzień? Choćby to, że Chińczyk stara się znaleźć w każdej sytuacji rozwiązanie, które pozwoli zadowolić wszystkich zainteresowanych. Co nie oznacza, że nie dostrzeże, gdy ktoś chce tę jego skłonność wykorzystać do własnych celów.

Warto też pamiętać, że w sytuacji, gdy coś jest trudne do uzyskania lub niewykonalne, chiński rozmówca nie powie o tym wprost. Będzie kluczył, używał sformułowań typu „zobaczymy, co da się zrobić”, „to się okaże”. Lepiej wtedy nie napierać.

Dla Chińczyków ważne jest to, by w każdej sytuacji zachować twarz. Oznacza to, że absolutnie nie wolno nam z nich żartować. Lepiej też nie pytać o Tybet i politykę ani nie komentować stosunku chińskiej władzy do praw człowieka. Co świadczy o tym, że przekroczyliśmy granice? Choćby wciąganie powietrza przez zęby czy sztuczny uśmiech.

Na szczęście nie planujemy żadnych poważnych dyskusji. Za to chcielibyśmy spróbować lokalnej kuchni. Najlepiej w miejscach, w których stołują się miejscowi. I gdzie obowiązują lokalne zwyczaje. To zaś oznacza, że musimy opanować posługiwanie się pałeczkami i pamiętać, żeby ich nie krzyżować, nie wbijać w jedzenie i nie upuścić na ziemię.

Przy chińskim stole można zachowywać się swobodnie jak na europejskie standardy. Nikt nie obrazi się za mlaskanie i bekanie. W wielu miejscach nadal resztki rzuca się po prostu pod stół, skąd zostaną uprzątnięte po posiłku.

Nieco inaczej rzecz ma się w przypadku, gdy zostajemy zaproszeni na posiłek. Wówczas przy stole staramy się nie gestykulować i nie rozmawiamy o interesach. Posiłek rozpoczyna gospodarz, on również daje hasło do tego, by zrobić przerwę np. na papierosa. Koniec posiłku sygnalizuje podanie owoców.

Tak czy siak, jeśli chcemy pokazać się od dobrej strony, warto spróbować każdej postawionej na stole potrawy. W tym celu można dzielić się daniami ze współbiesiadnikami – nikogo to nie zdziwi. Po skosztowaniu zaś dobrze jest potrawę pochwalić. A jeśli coś nam nie smakuje lub mamy dość, zostawiamy jedzenie na talerzu. Jeśli zjemy wszystko, co zostało podane, damy sygnał, że… dostaliśmy za mało.

Wyjeżdżając do Chin, warto zabrać ze sobą prezenty. Co dawać i jak?

Przede wszystkim należy zadbać o to, by zapowiedzieć wręczenie podarków i by mieć ich tyle, ile osób będzie uczestniczyć w spotkaniu w danej chwili. A to po to, by nie wprawić chińskich znajomych w zakłopotanie – tradycją jest, że podarek dostaje każdy, tak więc obdarowani muszą mieć możliwość odwdzięczenia się. Wręczanie najlepiej zacząć od osób najstarszych lub tych o najwyższym statusie społecznym.

Prezent nie powinien składać się z czterech elementów (np. cztery filiżanki), bo w Chinach liczbę cztery uważa się za pechową i kojarzy ze śmiercią. Nie może to być również zegar, bo w tamtejszej kulturze symbolizuje on koniec, w tym śmierć. Lepiej też unikać drobiazgów w bieli, to biały to w Państwie Środka kolor żałoby.

Co tam ciekawego, korektorze, czytasz na tym wielkim monitorze?

Dość często zadają mi ludzie takie lub podobne pytanie, zerkając przez ramię na ekran komputera, i przy tej okazji chcą się utwierdzić w przekonaniu, że oni też by mogli wykonywać taki łatwy i przyjemny zawód. Wszak oni też mieli w szkole piątki z dyktand i świetnie znają ortografię. I tu czeka ich przykra niespodzianka, bo ja na takie dictum lubię odpowiadać pytaniem: „A czy wziąłeś korektora w dwa przecinki?”. (Pytaniem niby żartobliwym, bo któż, mówiąc, myśli o przecinkach. Zgoła nikt. Z wyjątkiem złośliwego korektora). No i niestety najczęściej się okazuje, że nie wziął! Tak samo by postąpił z panem w słynnym zdaniu Co tam, panie, w polityce? tudzież z szewcem w jakże mądrym porzekadle Pilnuj, szewcze, kopyta… – I zaczyna się dyskusja o interpunkcji. I protesty: bo jakże tak stawiać przecinki po każdym wyrazie! Czyż to nie gruba przesada? A z drugiej strony narzekanie korektora – no bo jak można nie wydzielić ze zdania takiego wołacza! Toż to szkolny błąd, omawiany przez panią od polskiego już w podstawówce. I drugi, za przeproszeniem, aspekt interpunkcyjny, nieco trudniejszy: dlaczego tak mało ludzi pamięta o konieczności poprzedzenia i zamknięcia (!) przecinkiem imiesłowowego równoważnika zdania (jak w pierwszym zdaniu tego akapitu, proszę spojrzeć nieco wyżej). Bo przed i przecinka się nie stawia? Ależ nic podobnego! Wszystko zależy od budowy zdania. Owszem, nie stawia się, gdy ów spójnik łączy części równorzędne, ale weźmy taki przykład: Szedł, czytając SMS, i wpadł na słup – przecinek tu jest konieczny! Właśnie dlatego, że musi on zamknąć wpleciony element z imiesłowem.

Trudny temat? Ależ nie! Wystarczy odrobina gramatyki ze szkoły podstawowej. Oraz przekonanie, że ta cała interpunkcja nie jest wymyślona na złość ludziom, żeby im utrudniać życie, ale po to, żeby pisać precyzyjnie i umożliwiać dokładne zrozumienie tego, co autor miał na myśli. Czasami zwykły przecinek ma wręcz kolosalne znaczenie! Weźmy dwa przykładowe zdania. (Kto jest biegły w internetach, być może już je gdzieś widział, ale warto je tu powtórzyć, bo to „klasyka gatunku”). 1) Jedzcie, dzieci. Jedzcie dzieci. 2) Moja stara piła leży w piwnicy. Moja stara piła, leży w piwnicy. Prawda, że przecinek robi różnicę?

Przyjrzyjmy się jeszcze jednemu (łatwiejszemu) zjawisku z dziedziny interpunkcji, zjawisku niestety powszechnemu i denerwującemu. Dlaczego ludzie są aż tak leniwi, że nie chce im się postawić pytajnika na końcu zdania, gdy o coś pytają? To irytująca plaga na rozmaitych forach internetowych, w komunikatorach, esemesach, komentarzach na Facebooku i innych takich. Co za karygodne zaniedbanie! Czy kliknięcie w pytajnik to taki wielki problem? Aha, bo trzeba jeszcze wcisnąć dodatkowy klawisz. No tak, to ogromny wysiłek, nie można tego wymagać zwłaszcza od kogoś, kto próbuje zacząć rozmowę pytaniem (?) Co tam. Niedoczekanie. Taki delikwent dostaje od korektora bana z całej siły.

Nie da się ukryć, emocje – wbrew pozorom – nie są obce Waszemu korektorowi, stara się jednak miarkować w ich okazywaniu w codziennych rozmowach. Jeszcze bliższym uczuciem jest mu bowiem umiar, ostrożność i łagodność w krytykowaniu, nader wyrozumiałe traktowanie rozmaitych błędów. Można by go wręcz posądzić o interesowność w tym względzie – o to, że czyni tak, mając na uwadze swój „rynek”, swój „biznes”. No bo cóż by miał do roboty, gdyby wszyscy pisali doskonale…

No właśnie: umiar, umiarkowanie – to cechy wielce godne polecenia także w starannej polszczyźnie. A jeśli umiar, to i tzw. ekonomia językowa. Wszyscy znają słynny dwuwiersz zapisany przez wieszcza Juliusza Słowackiego: Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa. Jeśli uzupełnimy ten cytat równie często przywoływanym porzekadłem: mądrej głowie dość dwie słowie – otrzymamy zwięzłą zasadę dobrego, porządnego mówienia i pisania. Logicznego, klarownego i równocześnie pięknego.


Specjalnie dla From-To: Krzysztof Szymczyk

Na podbój Państwa Środka

Na podbój Państwa Środka

Izolacja z powodu zagrożenia koronawirusem sprawia, że coraz tęskniej spoglądamy na mapy. I zaczynamy całkiem poważnie planować wyprawę do Chin. To wielki kraj, pełno w nim miejsc wartych obejrzenia, więc planowanie zajmie nam trochę czasu i pozwoli nie myśleć o ograniczeniach…

Oczywiście nie zamierzamy jechać na tradycyjną wycieczkę do Państwa Środka. Chcemy nie tylko zobaczyć, ale i posmakować Chiny. Poczuć ich zapach, energię. Dlatego szukamy kontaktu z mieszkańcami tego kraju, którzy również lubią podróże i zechcą nas wesprzeć w zorganizowaniu wyprawy na zasadzie wzajemności.

W Chinach planujemy zobaczyć kilka kluczowych miejsc. Pierwsze to oczywiście Pekin i Zakazane Miasto. Wybudowane w związku z przeniesieniem w XV w. stolicy Chin z Nankinu, było siedzibą kolejnych cesarzy aż do powstania w 1912 republiki. Kompleks ok. 800 pałaców rozmieszczonych na obszarze liczącym 960 m długości i 760 m szerokości. Szkoda, że bilety doń są jednodniowe…

Na pewno postaramy się też wejść na legendarny Wielki Mur: wiemy już, że można doń dojechać z Pekinu pociągiem. I wiemy, że nieprawdą jest, że budowlę tę można zobaczyć z kosmosu – przeczą temu i relacje astronautów, i zdjęcia satelitarne…

Chcemy także zobaczyć Xi’an, miasto powstałe przed ponad 3 tys. lat, pierwszą stolicę potężniejącego państwa. To tu zaczynał się Jedwabny Szlak i tu powstała Terakotowa Armia – tysiące wojowników strzegących miejsca spoczynku pierwszego chińskiego cesarza.

Pociąga nas również Szanghaj, największe chińskie miasto, a w nim zarówno zabytki (liczne świątynie) i muzea, jak i dzielnica wieżowców – Pudong. No i najdłuższa na świecie linia kolei magnetycznej, na której rozwijana jest prędkość 430 km/h.

To wszystko chcemy zobaczyć i poczuć dzięki nawiązaniu kontaktu z Chińczykami. Ale zanim się za to weźmiemy, warto poznać nieco różnice kulturowe między nami. Przede wszystkim po to, by nie popełnić jakiegoś faux pas.

A różnic tych jest sporo. I choć coraz częściej Chińczycy mówią po angielsku i przyjmują zachodni styl życia, w kontaktach z nimi warto przestrzegać kilku zasad.

Jakich? O tym opowiemy w kolejnym wpisie na naszym blogu.

Zagadki z odległej przeszłości

Zagadki z odległej przeszłości

Izolacja w związku z zagrożeniem koronawirusem sprawiła, że czas, który najchętniej spędzilibyśmy na odkrywaniu nowych miejsc, przeznaczyliśmy na porządkowanie wspomnień z tych już odkrytych. W tym o wyprawie, którą nazwaliśmy „W poszukaniu odpowiedzi”.

Aż dziw, że do tej pory nie podzieliliśmy się z Wami tą opowieścią, skoro przedmiotem poszukiwań były źródła Polski i polszczyzny. Skłoniły nas do nich w 2018 roku zapowiedzi hucznych obchodów odzyskania przez nasz kraj niepodległości. Trochę przewrotnie zaczęliśmy się zastanawiać nad tym, kiedy i od czego zaczęła się ta nasza wspólna historia. I jak to się stało, że choć domyślamy się często, co mówią do nas Rosjanie czy Czesi, bo w naszych językach jest wiele podobnych słów i konstrukcji, więcej nas jednak od nich językowo różni.

A przecież w języku polskim są także słowa podobne do wyrazów o tym samym znaczeniu w językach zachodniej Europy: niemieckim, włoskim, francuskim, angielskim. Weźmy choćby noc (ang. night, niem. Nacht, franc. nuit, szw. natt, łac. nox, lit. naktis) albo matkę (odpowiednio: mother, Mutter, mère, mor, mater, motina).

Pierwsze wyjaśnienie, jakie większości z nas przychodzi do głowy, to wpływy łaciny – języka Kościoła, nauki i dyplomacji. Ale badacze znaleźli starsze źródło tych podobieństw. To język praindoeuropejski, którym mówiły ludy zamieszkujące obszar między Europą Środkową a Azją Centralną w V i IV tysiącleciu p.n.e. Najprawdopodobniej, bo inna hipoteza mówi o języku protoindoeuropejskim, który miał pochodzić z Anatolii (obecnie Turcja)…

Okazuje się, że badania lingwistyczne i genetyczne mające wyjaśnić tę sprawę wciąż trwają – poczytać o nich można choćby tutaj.

W każdym razie z tego prajęzyka wywodzi się język indoeuropejski, z którego z kolei wyrosły pragrecki, praitalski, pragermański, prabałtycki. Ten ostatni był źródłem prasłowiańskiego, z którego wydzieliły się w czasach wielkiej ekspansji plemion słowiańskich w pierwszej połowie pierwszego tysiąclecia n.e. języki południowo-, wschodnio- i zachodniosłowiańskie.

Trzecią z wymienionych rodzin tworzyły: polski, czeski, słowacki, łużycki, kaszubski, a także wymarły przed wiekami połabski. Niektórzy wymieniają w tej rodzinie także języki pomorski i słowiński, ale dyskusje nad tym, czy były to odrębne języki, czy tylko dialekty, nadal trwają.

Język polski wywodzi się z mowy Polan. Czyli z jednego z dialektów lechickich – plemion zamieszkujących tereny Wielkopolski, Śląska, Małopolski, Mazowsza (byli to Bobrzanie, Dziadoszanie, Lędzianie, Opolanie, Ślężanie, Wiślanie i wspomniani Polanie).

O tym, że z dialektów lechickich przetrwał i rozwinął się ten używany przez Polan, zdecydowała polityka. To ona prowadzi nas na Ostrów Lednicki, a także do Gniezna, Giecza i Poznania. I do kolejnej zagadki dotyczącej odległej przeszłości.

Wiadomo, że zaczątkiem państwa polskiego było władztwo ustanowione w Wielkopolsce, a potem w kolejnych regionach przez Mieszka I. Aby je umocnić i zabezpieczyć, książę Polan poślubił czeską księżniczkę Dobrawę. A ta namówiła go na przyjęcie chrześcijaństwa, co nastąpiło w 966 roku. I wraz z późniejszą wizytą niemieckiego cesarza Ottona III w Gnieźnie

(w 1000 roku) i koronacją Bolesława Chrobrego (1025) zapoczątkowało powstanie organizmu państwowego. Czy Mieszko zdecydował się na chrzest, by umocnić swą pozycję wobec sąsiadów? Czy specjalnie przyjął go z rąk czeskiego kapłana, by zaznaczyć swą niezależność od Niemiec? Ta teoria, niegdyś powszechna, dziś traci na znaczeniu, bo nie ma niczego, co by ją potwierdzało. Nie ma również źródeł wskazujących, gdzie doszło do chrztu. Mógł on mieć miejsce w Gnieźnie, Gieczu, Poznaniu – grodzie założonym i obsadzonym przez księcia – albo na Ostrowie Lednickim. O tym, co przemawia za, a co przeciw poszczególnym lokalizacjom, więcej znajdziecie tutaj.

Tę ostatnią lokalizację wskazywano przez długi czas jako właściwą za sprawą znalezisk archeologicznych. Poszukiwania podjęto ze względu na widoczne, a niszczejące pozostałości oraz przekonanie, że było to dla Polski ważne miejsce. Pisał wszak o nim Jan Długosz jako o lokalizacji pierwszej gnieźnieńskiej (i zarazem polskiej) katedry. Pierwsze prace archeologiczne rozpoczęto na wyspie w połowie XIX wieku. Kolejne w latach 1932–1935, a następne jeszcze przed zakończeniem II wojny światowej. Badania trwają w tym rejonie do dziś. W rezultacie prac odsłonięto m.in. wielkie cmentarzysko, pozostałości kaplicy pałacowej z basenami chrzcielnymi, resztki krypty, grodu, wału i podgrodzia. Znaleziono też mnóstwo artefaktów – wyrobów ceramicznych, broni, ozdób, kilka łodzi… Pochodzą one głównie z X i XI wieku; w 1038 zabudowa wyspy została zniszczona w wyniku najazdu czeskiego księcia Brzetysława.

Większość znalezisk można zobaczyć, zwiedzając Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy. Ich wielość i wiek robią wrażenie. Przede wszystkim jednak warto popłynąć na wyspę. Co pół godziny wyrusza ku niej prom, poruszający się wolno najkrótszą drogą; przejażdżka promem trwa kilka minut. Na miejscu zwiedzający może zobaczyć kilka stanowisk archeologicznych, w tym jedno kluczowe: z pozostałościami książęcego pałacu i kaplicy oraz widoczną misą chrzcielną. Ogląda się je w ciszy, bo wyspa znajduje się w oddaleniu od uczęszczanych szlaków komunikacyjnych.

Potem warto przespacerować się wzdłuż brzegu i zobaczyć to, co zostało z kościoła grodowego, z przyczółka mostu, który za czasów Mieszka I łączył Ostrów ze stałym lądem, z wału obronnego i umocnień brzegu (mapka i opis stałej wystawy na wyspie). To nie będzie długi spacer, ale warto się na niego zdecydować. Także po to, by posmakować urody jeziora Lednica. Ale i po to, by przez chwilę pomyśleć… nie, nie nad rozwiązaniem zagadki, gdzie doszło do chrztu księcia Polan. To zostawmy badaczom.

My zastanawialiśmy się, w jakim języku mówił i myślał Mieszko I, pierwszy znany Polak. Do dziś przetrwało z niego jedynie nieco nazw geograficznych i imion, odnotowanych przez obcych kronikarzy – niekoniecznie w ich prawdziwym brzmieniu. Dopiero w 1270 roku zapisano (w Księdze Henrykowskiej – kronice klasztoru cystersów w Henrykowie koło Wrocławia) pierwsze zdanie po polsku:Day ut ia pobrusa a ti poziwai(Daj, ja pobruszę, a ty poczywaj).

Jak niezwykłe okazały się losy tego języka, w którym mówili i tworzyli potem m.in. Jan Kochanowski, Adam Mickiewicz, Stanisław Lem i Olga Tokarczuk…

Który język jest najpiękniejszy na świecie?

Który język jest najpiękniejszy na świecie?

Pytanie o urodę języka nie może mieć jednej prawidłowej odpowiedzi. Jak każde pytanie o urodę. Lingwiści układają takie rankingi według różnych kryteriów, a patrząc na wyniki, trudno wykryć tendencje. Dzieje się tak, ponieważ miejsca na podium – czy nawet w pierwszej dziesiątce – są regularnie rozdzielane pomiędzy różne języki w sposób, który może się wydawać zaskakujący. Innymi słowy – czynniki decydujące mogą zaskoczyć.

Osoby niespecjalizujące się w nauce o językach, ale używające kilku – czy to w pracy, czy w rodzinie, czy choćby na własny użytek – na pewno stworzyłyby swoje własne zestawienie na podstawie bardzo osobistych czynników. Ba, ktoś, kto nie zna żadnego języka obcego, też ma prawo się wypowiedzieć, którego dźwięk jest dla niego najprzyjemniejszy! Oto jednak, co mają do powiedzenia specjaliści:

JĘZYK FRANCUSKI NAJPIĘKNIEJ BRZMIĄCY

Język francuski słynie z tego, że zachwyca ludzi na całym świecie, gdy tylko go usłyszą. Wyniki nieoficjalnej ankiety internetowej wskazują na to, że jego uroda oczarowuje niezależnie od szerokości geograficznej. Słuchacze opisują go jako elegancki, piękny, gładko płynący, miły dla ucha. Dzięki takim cechom jak „niewymawialne r”, nosowe samogłoski i urozmaicona intonacja brzmi bardzo melodyjnie. Nie bez znaczenia jest jednak z pewnością także kontekst kulturowy – któż oparłby się wibrującemu „r” w piosence La vie en rose śpiewanej przez Édith Piaf czy hipnotycznej melodii Bonnie and Clyde Serge’a Gainsbourga?

JĘZYK NIEMIECKI STWORZONY DO ŚPIEWANIA

Mimo powszechnych oskarżeń o nieprzyjemne brzmienie śpiewany język niemiecki potrafi zaskoczyć melodyjnością i bogactwem wyrażanych emocji, zwłaszcza w energicznym utworze popowym. Komu nie zdarzyło się nucić, choćby bez słów (a już na pewno ich zrozumienia), piosenki 99 Luftballons Neny lub nowszego utworu Auf uns Andreasa Bouraniego albo Bye Bye CRO czy chociażby szlagieru Święta Piwa (stojąc na ławce w skórzanych portkach)? Pogłośnij muzykę i zanurz się w czarodziejskim świecie języka niemieckiego!

JĘZYK ARABSKI Z NAJPIĘKNIEJSZYM PISMEM

Oczom nawykłym do klasycznego alfabetu łacińskiego lub rzymskiego alfabet arabski jawi się jako wyszukany, a kaligrafowane kursywą litery jako ornament raczej niż pismo. Czyta się tu od strony prawej do lewej i brak jest wyraźnych wielkich i małych liter – tekst zdaje się płynąć w nieskończoność i hipnotyzuje czytelnika. Nie dziwi więc wcale, że arabską kaligrafię ceni się jako formę sztuki religijnej, a znaki alfabetu wyszywa się i maluje na świętych obiektach.

JĘZYK ANGIELSKI Z NAJPIĘKNIEJSZĄ HISTORIĄ

Język angielski należy do najpopularniejszych na świecie – posługuje się nim 1,6 miliarda ludzi, jako językiem ojczystym i obcym. W swojej historii ulegał wpływom języków najeźdźców: staronordyjskiego, francuskiego, łacińskiego, greckiego i wielu innych, które ukształtowały jego składnię, wymowę i słownictwo, składając się na współczesną, intrygującą postać (tutaj można przeczytać więcej na ten temat). Nie trzeba szukać daleko przykładów takich zapożyczeń – weźmy chociażby słowa „skipper” i „shipper”, „end” i „conclusion”, „pork” i „pig” czy też trio „find out” (z języka staroangielskiego), „verify” (z francuskiego) i „confirm” (z łaciny). Każde słowo i brzmienie kryje w sobie bogatą historię migracji i wymiany kulturowej. Choć uczniowie najczęściej doceniają go za praktyczność i prostotę, język angielski niepozbawiony jest też uroczych osobliwości, co trafnie zauważa autor poniższego wiersza: Why do people recite at a play, yet play at a recital? Park on driveways and drive on parkways? You have to marvel at the unique lunacy of a language where a house can burn up as it burns down, and in which you fill in a form by filling it out!

JĘZYK WŁOSKI Z NAJPIĘKNIEJSZĄ MOWĄ CIAŁA

Językiem, który przychodzi nam do głowy na wzmiankę o ognistej ekspresji, z pewnością jest język włoski. Niezwykle melodyjny, radosny i głośny, wspaniale oddaje emocje w intonacji i brzmieniu, ale także w namiętnych gestach podkreślających każdą możliwą sytuację. W codziennych rozmowach Włosi – dzieci, osoby starsze, a nawet politycy w publicznej telewizji – używają ponad 200 gestów dłoni. Gestykulacja przydaje językowi włoskiemu niesamowitej energii i siły.

słowa kluczowe: najpiękniejsze języki

Ćwiczenie mózgu, które opóźnia chorobę Alzheimera

Ćwiczenie mózgu, które opóźnia chorobę Alzheimera

Wielokrotnie powtarzane badania naukowe potwierdzają, że znajomość przynajmniej jednego języka obcego i sprawne, regularne się nim posługiwanie jest nie tylko wielką zaletą przy szukaniu pracy oraz przydatne w podróżowaniu. Od lat wiadomo, iż ma to także dobry wpływ na zdrowie.

Dr Laura-Ann Petitto, neurolog kognitywny z Hong Kongu, sugeruje, że dzieci dwujęzyczne, wychowane w rodzinach międzynarodowych, mają lepsze stopnie w szkole. Nie ma też żadnych wątpliwości co do korzystnego wpływu często przeskakiwania między dwoma językami dla mózgu.

Wielojęzyczność to mniejsze ryzyko wystąpienia starczej demencji

Eksperci są zdania, że znajomość języków obcych dobrze wpływa na pracę układu nerwowego w miarę, jak się starzejemy, opóźniając o osoby dwujęzycznej wystąpienie objawów powiązanych z chorobą Alzheimera.

Dzieci wiedzą lepiej – i bardziej korzystają

Najlepiej, by nauka drugiego języka rozpoczęła się już na etapie budowania funkcji poznawczych i rozwoju mowy – stąd właśnie najbardziej korzystają dzieci mające członków rodziny mówiących różnymi językami. Osoby jednojęzyczne nie powinny się jednak martwić: National Academy of Sciences z USA opublikowała wyniki badań, z których wynika, że nawet w wieku dorosłym można zostać poliglotą.

Medical News Today także ma dobre wieści: badania opublikowane w czasopiśmie “Neuropsychologia” potwierdzają, że dwujęzyczność wprowadza zmiany w strukturze mózgu, czyniąc go bardziej odpornym na chorobę Alzheimera i inne zaburzenia poznawcze. 

Celem nauki dwóch języków (i więcej) jest nie tylko uzyskanie biegłości w nich, lecz – z punktu widzenia zdrowia – stymulowanie odpowiednich części mózgu.

Czy są dowody na opóźnianie objawów?

Demencja ogólnie, a w szczególności choroba Alzheimera, to bardzo złożone i nie do końca poznane schorzenia. Według badań przeprowadzonych w Rotuman Research Institute at Baycrest w Kanadzie, seniorzy, którzy są dwu- i więcej języczni, a także używali więcej niż jednego języka regularnie przez większość życia, średnio cierpią na zaburzenia pamięci rzadziej, a pierwsze objawy demencji występują u nich cztery lata później.

Niestety z wiekiem dosłownie tracimy rozum, albo precyzyjniej, tracimy neurony które tworzą mózg. Dzieje się tak w całkowicie naturalnym procesie atrofii. Rozpoczyna się on w wieku dwudziestu kilku lat, ale zauważalny staje się mniej więcej po sześćdziesiątce. Wtedy zapominanie czy poczucie zmieszania zaczyna coraz bardziej doskwierać.

Językowy trening mózgu

Częste przechodzenie z jednego języka na drugi to umysłowy odpowiednik solidnego treningu fizycznego, wymaga bowiem jednoczesnej pracy kilku ośrodków mózgowych. Jako biuro tłumaczeń znamy ten problem doskonale. Wysiłek przy tłumaczeniach symultanicznych jest tak wielki, że tłumacze zmieniają się co 20 do 30 minut.

Dochodzimy teraz do ważnej porady dla osób, które przeczytawszy niniejszy artykuł chcą rzucić się w wir nauki języków: ważna jest regularność, a nie długie sesje od okazji do okazji.

Szacuje się, że chorych na chorobę Alzheimera, dotkniętych demencją, jest obecnie na świecie 36 milionów osób. Tak prosta w czasach globalizacji metoda zapobiegania lub choćby opóźniania występowania pierwszych objawów – poprzez naukę języka obcego – może mieć wielkie znaczenie dla przyszłych pokoleń.

Naukowcy kontynuują badania nad wpływem wielojęzyczności na profilaktykę przed demencją. Jedno jest pewne: znajomość języków obcych ma same zalety i ani jednej wady! 


Czy potrzebuję tłumaczenia na język kantoński czy mandaryński?

Czy potrzebuję tłumaczenia na język kantoński czy mandaryński?

Dzień dobry,

mój kierownik prosi o przetłumaczenie dokumentu marketingowego na język chiński, nie wiem jednak, czy chodzi o dialekt mandaryński czy kantoński, czy możecie mi pomóc rozwiązać ten problem?

Pozdrawiam, Marg

Cześć, Marg,

to istotne pytanie, pojawiające się bardzo często, ale nie martw się, pomożemy!

Przede wszystkim należy wyjaśnić, czym są oba te dialekty, ponieważ zaskakujący może być fakt, iż nie są to odrębne języki. Są raczej narzeczami jednego języka chińskiego, a różnice tkwią głównie w wymowie.

Wyobraź sobie Brytyjczyka z Londynu, którego wymowa będzie brzmiała zupełnie inaczej niż wymowa osoby wychowanej na północy Anglii, powiedzmy w Newcastle. Obaj mówią po angielsku, lecz brzmi to zupełnie inaczej.

Weźmy teraz osobę mieszkającą w Hongkongu i kogoś z centrum kraju, ze stolicy Chin, Pekinu. Osoba z Hongkongu posługuje się dialektem kantońskim, a osoba z Pekinu lub z jakiegokolwiek miejsca położonego w głębi lądu – mandaryńskim. To ten sam język, jednak brzmiący inaczej. Osoba z Hongkongu zrozumie osobę z Pekinu, jednak ich akcenty znacznie się różnią. Kluczowy jest fakt, że określenia „mandaryński” i „kantoński” dotyczą jedynie wymowy, a nie zapisu.

Dialekty mandaryński i kantoński

Ludność Hongkongu (i chińskiej prowincji Guangdong) mówi po kantońsku, natomiast ludzie z głębi kraju (i Singapuru) używają mandaryńskiego.

Gdy już wyjaśniliśmy część problemu, pomówmy o innych aspektach, które na pewno się pojawiły, a mianowicie o „chińskim uproszczonym” i „chińskim tradycyjnym”.

Ludzie często mylą te pojęcia i zakładają, że „chiński uproszczony” to to samo co mandaryński, a „chiński tradycyjny” odpowiada kantońskiemu (bądź odwrotnie), ale nie jest to prawdą. Wiemy już, że określenia „kantoński” i „mandaryński” są określeniami dialektów i dotyczą jedynie wymowy, a więc nie równają się określeniom „tradycyjny” i „uproszczony”, które dotyczą metod zapisu i określają różnice w używanych znakach alfabetu.

„Chiński tradycyjny” i „chiński uproszczony”

Jak przyzna każdy student języka chińskiego, znaki zapisu są bardzo skomplikowane, bardzo trudno jest je zapamiętać i zapisać. Są tak trudne, nawet dla rdzennych mieszkańców, że w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku rząd wprowadził ich uproszczone wersje, by łatwiej było je zapamiętać i zapisać.

Znaki składające się na nowy, prostszy alfabet (choć jest to raczej kod zapisu, gdyż – inaczej niż w alfabecie łacińskim – jeden znak odpowiada więcej niż jednej literze, a czasem nawet całemu słowu lub pojęciu) nazywamy „chińskim uproszczonym” i jest on używany głównie przez ludzi mieszkających w głębi kraju i w Singapurze. Nie potrafili oni podążać za tradycyjnym zapisem, tak jak ludność z Hongkongu i Tajwanu, gdzie używa się wyłącznie zapisu trudniejszego, tradycyjnego. Dlatego właśnie ludność Hongkongu i Tajwanu sprawnie zapisuje i odczytuje znaki tradycyjne, podczas gdy reszta kraju i Singapur posługują się znakami uproszczonymi. Oczywiście obie te grupy ludności będą w stanie w pewnym stopniu posługiwać się obiema formami zapisu, jednak podział pozostaje wyraźny.

eśli dokument kierowany jest do Hongkongu lub na rynek tajwański, powinniście przełożyć go na tradycyjny chiński, jeśli natomiast celujecie w rynek singapurski bądź inną część Chin w głębi lądu, przetłumaczcie go na chiński uproszczony.

Mamy nadzieję, że rozwialiśmy Twoje wątpliwości, daj nam znać, jeśli będziemy mogli pomóc w czymś jeszcze!