Gościni u redaktorki do słuchaczek i słuchaczy

Wyzłośliwiałem się tu ostatnio z powodu zjawiska feminizacji języka, ujawniając zapewne swą nietolerancyjną, konserwatywną postawę. Żeby wyłączyć ulubione radio z powodu irytacji na używanie w nim słowa gościni – to trzeba być doprawdy męską szowinistyczną świnią – zakrzyknęła być może niejedna wojująca feministka…

Tymczasem w szybkim tempie przybywa słów, którym waleczne panie oraz sprzyjający im panowie za wszelką cenę próbują nadać formy żeńskie. Mnie ten pośpiech, ten rewolucyjny zapał w przekształcaniu języka na nową modłę przeraża, uważam, że to jest szkodliwe, że niepotrzebnie komplikuje, a w rezultacie psuje język. Niestety wśród językoznawców są tacy, którym to zjawisko nie wadzi. Prof. Mirosław Bańko z Uniwersytetu Warszawskiego już w 2011 roku pytany o słowo gościni pisał rzeczowo:„Z utworzeniem formy żeńskiej od gość jest kłopot. Forma gościni nawiązuje swoją odmianą do stosunkowo nielicznej w polszczyźnie grupy rzeczowników żeńskich o zakończeniu -i, np. gospodyni, ksieni, pani. W zestawieniu gospodyni i gościni to drugie słowo brzmi nawet dość zgrabnie, ale tak czy owak będzie budzić opory jak każdy wyraz nowy, na pozór niepotrzebny. Napisałem na pozór, gdyż rozpowszechnione jest przekonanie, że feministyczny program przebudowy języka jest jakąś fanaberią, że nie można go traktować poważnie. Jestem w tej kwestii odmiennego zdania, uważam, że należy zmieniać polszczyznę w takim zakresie, w jakim jest to możliwe, aby powiększać w niej obszary charakteryzujące się symetrią płci”. Dalej jednak prof. Bańko niechcący z lekka kpi z tego, co przed chwilą sam był napisał: „Nie spodziewajmy się, że gościni szybko zagości w relacjach z wizyt polityków (polityczek?), premierów (premierek?) i prezydentów (prezydentek?). Jeżeli jednak zaczniemy upowszechniać tego rodzaju słowa w języku potocznym – co już się dzieje – to otworzymy im drogę do stylu oficjalnego”.

Symetria płci… Uwielbiam to pojęcie. Przecież jesteśmy tacy identyczni, powinniśmy mieć wszystko jednakowe, prawda? Niebawem zaczną się na ulicach protesty, bo dlaczego człowiek, Bóg, wszechświat to rzeczowniki rodzaju męskiego?? Skandal! Trzeba to czym prędzej zmienić. A przynajmniej dorobić do nich wersje symetryczne. Na początek chyba człowiekini… Owszem, to jest fanaberia, ośmielam się z profesorem nie zgodzić.

Oczywiście nie mam nic przeciwko ewolucji języka. To proces normalny i naturalny, ale nic na siłę – w imię jakiejkolwiek mody czy ideologii! Jako człek wiekowy pamiętam czasy komunizmu, krajów „demokracji ludowej”, znam też z grubsza historię Stalina, którego wyznawcy zwali m.in. Wielkim Językoznawcą, bo wraz z doskonałym ustrojem próbował stworzyć nowego, radzieckiego człowieka, a równocześnie wspomóc ten szaleńczy plan wymyśleniem odpowiedniej nomenklatury, precyzyjnie odzwierciedlającej ustrój sprawiedliwości społecznej i wiecznej szczęśliwości. Powstały więc zalążki takiego języka, później słusznie wyśmiewane i nazywane nowomową. Jak dziś już dobrze wiadomo, nic sensownego z tych szatańskich sztuczek nie wyszło – bo wyjść nie mogło. Wniosek z tej historii wyciągam może banalny, ale jestem przekonany, że słuszny: ewolucja języka – tak, rewolucja – nie!

Przejdźmy od ogółu do szczegółu.

Niech mi wolno będzie nazwać wspomniane na początku radio po imieniu: chodzi o Radio Nowy Świat, radio znakomite – z Wojciechem Mannem, Janem Chojnackim, Marcinem Kydryńskim, Michałem Nogasiem i wieloma innymi znakomitymi dziennikarzami. Powstało w lipcu tego roku i jest naprawdę rewelacyjne, a przede wszystkim nie ma w nim reklam ani politycznej propagandy, której pełno w tzw. mediach publicznych. To ogromne zalety, niespotykane w eterze. Może jeszcze kiedyś podyskutujemy o tej wspaniałej nowej instytucji, ale  na razie skupmy się na sprawach języka.

Zauważyłem otóż, że zwłaszcza młodsi redaktorzy RNŚ należą do owego „postępowego” nurtu, z którego tu sobie dworuję. Nie jest mi wszystko jedno, jakim językiem posługują się dziennikarze mojej ulubionej rozgłośni, napisałem więc na Facebooku petycję do red. Jana Niebudka: „Panie Janie, niechże się Pan pozbędzie tej strasznej maniery. Gdy Pan mówi o słuchaczach, to w tym słowie ZAWIERAJĄ SIĘ TEŻ SŁUCHACZKI! Nie trzeba mówić za każdym razem słuchaczki i słuchacze. Proszę nas nie dzielić pod względem płci! Po co? Jesteśmy i słuchamy RNŚ razem, niezależnie od płci, wieku, rasy, narodowości itd. Podkreślanie i wyodrębnianie płci słuchaczy w co drugim zdaniu jest chore. To efekt jakiejś nadgorliwości, jakiejś pseudopoprawności. Nie chcę tu dociekać, skąd się to wzięło (domyślam się, ale nie powiem), w każdym razie naprawdę jest idiotyczne! Mówienie non stop o słuchaczkach i słuchaczach, aktorkach i aktorach, polityczkach i politykach już nawet nie jest śmieszne, jest wk…jące. Zapewniam: słowo SŁUCHACZE obejmuje też słuchaczki, a nawet osoby o płci nieokreślonej… (Na marginesie warto dodać i ten aspekt: jako człek bardzo nowoczesny, zapewne Pan kojarzy i rozumie istnienie trzeciej płci i kolejnych itp., mimo to Pan ich nie wymienia, uwzględniając tylko słuchaczy i słuchaczki… I jak tamte osoby się czują – tak przez Pana zlekceważone i pominięte? Hę? Na wszelki wypadek proszę więc mówić o słuchaczach en bloc, w ten prosty sposób uniknie Pan również tego przykrego, a może i niebezpiecznego kłopotu)”.

Coachka, prisonerka własnego minda, czyli o pasjonujących rozgoworach na fejsie

Znają ten ból autorzy stałych rubryk w czasopismach. Na przykład felietoniści, którzy co tydzień muszą zapełnić swój prostokąt tekstem ciekawym i błyskotliwym, a najlepiej rewelacyjnym, bo tego oczekuje redaktor, a następnie rzesza czytelników. Tymczasem deadline (albo bardziej swojsko: dedlajn, aczkolwiek autorzy słowników jeszcze tę wersję odradzają) się zbliża, a w głowie publicysty pustka, pomysłu brak. O czym by tu…

Wasz korektor ma więcej szczęścia. Przede wszystkim nie musi niczego wymyślać, bo nie tworzy abstrakcyjnych treści z głowy (czyli z niczego, jak mawiają niektórzy). Rozmaitych ciekawych spostrzeżeń ma codziennie bez liku. Kajet (a od parunastu lat raczej specjalny plik w Wordzie) z notatkami pęka w szwach. Niemal każda korygowana gazeta, książka, raport czy inna broszura, a nawet zwykła lektura powieści z biblioteki miejskiej to świeża dostawa błędów i spraw godnych skomentowania. Także internet z Facebookiem na czele dostarcza nieustannie ciekawego surowca. (Nie chciałem napisać: materiału, bo mi to słowo ostatnimi czasy strasznie obrzydło – rozmaici kulturalni mądrale, którzy z krawiectwem nie mają nic wspólnego, bez przerwy piszą i mówią o materiale! Muzycy mają już materiał na płytę, pisarze zbierają materiał na powieść, redaktorzy radiowi dopytują dziennikarzy o materiał na audycję, inni twórcy wszelkiej maści popisują się materiałem na projekt… Okropność!)

I proszę: właśnie dziś, teraz, gdym zamierzał zacząć pisanie tego odcinka bloga, pod hasłem „Polszczyzna mnie bije!” ujrzałem taki oto tekst, którym pragnę się z Państwem podzielić: Do pani która używa słowa Coachka. Nie bądź prisonerką własnego minda. Miało być światowo wyszło okropnie. Żałosne. Prawda, że piękne? Ileż pasjonujących tematów w jednym krótkim cytacie! A jakie rozbrajające poniżej komentarze! Proszę uprzejmie, nie jestem skąpcem ani egoistą, który sam weźmie i drugiemu nie da, przeczyta i nikomu nie pokaże. Kopiuję i wklejam hojnie, bez ingerencji, tylko z minimalną korektą. Komentarz 1: „Prisonerka własnego mainda”. Najgorszy zestaw słów tworzących zdanie, jakie kiedykolwiek słyszałam. Dramat. Komentarz 2: Prisonerka minda to sarkastyczna kontynuacja coachki. Mnie się coach nie podoba i coachka też nie. Chyba że czytać to coach i coachka, a nie kołcz i kołczka. Kołeczka.

I jeszcze kilka kolejnych opinii fejsbukowiczów:

Ale jak inaczej nazwać kobietę, która jest coachem?

Kołczini, ot co.

Kołaczka.

Kołczanczyni… a może kołczanna, jeśli jest niezamężna.

Srołczka. Feminatywy to zło najźlejsze.

Lekarka, nauczycielka, pielęgniarka, dyrektorka, kierowniczka, zawodniczka, sprzedawczyni, przewodniczka, biegaczka, lekkoatletka, posłanka, bileterka, konduktorka – no faktycznie, zło.

Te powyższe są w języku polskim od bardzo dawna i brzmią jak najbardziej w porządku. Problem w tym że od niedawna tworzy się językowe koszmarki typu kołczka, chirurżka czy wikinżka w imię poprawności politycznej. Sama jako biolog nie lubię być nazywana biolożką.

Koniec cytatów.

Proszę zauważyć, ileż tu kreatywności, a ile emocji! A na dodatek jeszcze jedno spostrzeżenie na marginesie: wiele osób komentujących posty na FB i w innych miejscach sieci nie ma za grosz poczucia humoru, każde zdanie traktuje niesamowicie poważnie, nawet sieriozno, bym powiedział. Tacy ludzie absolutnie nie są w stanie dostrzec ironii czy sarkazmu – o czym świadczy tutaj komentarz nr 1. Tymczasem  prisonerka własnego mainda to w tym kontekście istna perełka! Jestem nią zachwycony, a mam nadzieję, że i Państwo doceniają fantazję autora tego grepsu, jego artyzm. Jestem o tym wręcz przekonany, pisząc blog w tym miejscu głównie dla tłumaczy – z pewnością świetnie się znających na wielojęzycznych niuansach.

Ale chciałbym przy tej okazji zwrócić uwagę na coś zupełnie innego: na absurdalną manierę obecną coraz częściej w tzw. postępowych mediach. Chodzi mi o tworzenie za wszelką cenę żeńskich form od rzeczowników rodzaju męskiego. Takich jak tu wspomniana i słusznie wyśmiana coachka. Z jednej strony często bezkrytyczna akceptacja i „import” do polszczyzny słów całkowicie obcych, a z drugiej – chęć doklejania polskich końcówek „płciowych” – czego przecież nie ma w języku oryginału. Pseudonowoczesne podkreślanie płci żeńskiej, która „jest tak samo ważna jak męska i w żadnym wypadku, przenigdy nie wolno tego faktu pominąć”, to symptom jakiejś obłędnej współczesnej walki płci.

Niedawno w internetowym radiu, którego bardzo lubię słuchać, pewna znana dziennikarka zaprosiła do studia Krystynę Koftę i namiętnie ją tytułowała gościnią. Tak, bo pani Krystyna nie mogła być gościem, musiała być gościnią! Nie zdzierżyłem, wyłączyłem tym razem moje ulubione radio.

To temat rzeka, można by o tych sprawach napisać książkę. Ale nie mam w planach kariery pisarza. Wrócę więc do narzekania na psucie języka w imię żeńsko-męskiej wojenki w następnym odcinku tego bloga.

O zagadkowym akcentowaniu oraz o covidzie, który należy zdegradować

Nic nie cieszy starego korektora tak, jak dyskusje na temat zawiłości języka polskiego. Przy czym stawiam w tym zdaniu akcent na słowie TAK, a nie na NIC. Proszę zwrócić uwagę, jak takie zaakcentowanie zmienia sens całego zdania! Gdybym położył akcent na NIC, znaczyłoby to, że zawiłości języka polskiego cieszą mnie bardziej niż cokolwiek innego. Tymczasem to nie jest prawda, cieszy mnie bowiem w życiu znacznie więcej rzeczy, niektóre nawet bardziej niż wspomniane dyskusje. Taki niuans, a jednak pisząc precyzyjnie, należy na niego zwracać uwagę, by czytelnik nie musiał się zatrzymywać i łamać głowę zagadką „co autor miał na myśli”. Zwłaszcza pisarze, autorzy powieści i form pomniejszych powinni sobie ten aspekt wziąć do serca.

Do powyższej uwagi skłoniło mnie proste zdanie napotkane w niedawno przeczytanej powieści znanego opolskiego autora. Brzmiało ono: – Może pani pomóc? Zauważają Państwo to ciekawe zjawisko? Jeśli akcent spocznie na MOŻE, będzie to pytanie o to, czy owa pani chce i jest w stanie pomóc. Jeśli zaakcentujemy POMÓC, otrzymamy zupełnie inne pytanie! Mianowicie o to, czy pani potrzebuje pomocy i czy zechce ją od nas ewentualnie przyjąć. W sumie dość zabawna ciekawostka, ale pisarz (a także redaktor i korektor!) powinien unikać tego rodzaju nieporozumień. W książce autor miał na myśli ten pierwszy wariant, ale na to nie dało się wpaść od razu, trzeba się było dłuższą chwilę zastanowić i wydedukować. A przecież wymyślanie zagadek nie było celem pisarza, tu zagadkowa miała być przede wszystkim fabuła opowieści.

Sytuacja podobna, ale chodzi tu nie tylko o rozłożenie akcentów. Zdanie z publikacji dokumentalnej: To nie dotyczy tylko cenzora. Jak to zrozumieć? Można co najmniej dwojako: 1) To dotyczy cenzora, ale także innych osób. 2) Dotyczy jakichś ludzi, ale nie cenzora! I kombinuj tu, czytelniku, co autor chciał przez to powiedzieć. A sprawa nie była błaha – chodziło o mocne oskarżenie, ale kogo? Cenzora i innych czy właśnie ich wszystkich z wyjątkiem cenzora? Nie znalazłem odpowiedzi. Posypały się kolejne zdania i akapity, a sprawa cenzora i spółki pozostała nierozstrzygnięta. Tymczasem wystarczyło przestawić wyrazy: 1) To dotyczy nie tylko cenzora. 2) Tylko cenzora to nie dotyczy. I sprawa byłaby jednoznaczna. Prosty zabieg, a jaki skuteczny!

I drugi temat tego odcinka, zupełnie inny, za to jakże aktualny, bo dotyczący panującej na całym świecie (albo i nie, zdania są podzielone) pandemii. Jak tę zarazę zapisywać: Covid-19, COVID-19 czy może covid-19? Pierwotnie wszyscy pisali COVID, jako że jest to wprowadzona w lutym 2020 roku przez WHO nazwa własna, będąca skrótowcem od ang. coronavirus + disease.

„Czy COVID to ZSRR, PCK albo inna NIK, by pisać to wielkimi literami?” – zapytał niedawno pewien fejsbukowicz grupę korektorów i redaktorów, słusznie sugerując, że należałoby tę pisownię zmienić. Na co otrzymał znakomitą odpowiedź jednego z grupowiczów: „Wystarczy w zupełności covid (zresztą ta wersja powoli zaczyna pojawiać się w tekstach). Te »krzyczące« wielkie litery są już całkiem zbędne. Za dużo wrzasku w tekstach ostatnio bywa, bezsensownego wrzasku też”.

„A co do skrótowca… Pafawag, Rafako i Polfa nie pisze się wielkimi, czy dla covidu WHO wprowadziła wyjątek w polskiej ortografii?” – dorzucił kolejny uczestnik dyskusji. Słusznie dorzucił! Ja bym dodał do tego zestawu inny świetny przykład: wyraz laser, który też kiedyś był akronimem, czyli właśnie skrótowcem, od ang. Light Amplification by Stimulated Emission of Radiation. Nasuwa się zatem rozsądny wniosek: hasło pisane wersalikiem po pewnym czasie, gdy się „uleży”, zaczynamy traktować jak pojęcie oswojone i zapisywać małymi literami. Ten nieszczęsny COVID (niektórzy piszą Covid, uważając, że to nazwa własna) już nam chyba wystarczająco spowszedniał, żeby zacząć o nim pisać zwyczajnie, bez zbędnego patosu – covid. Zupełnie tak samo jak grypa, angina, świerzb, biegunka czy każda inna przypadłość. Tak trzeba. Jeśli się czegoś nie da zniszczyć, trzeba to oswoić.

Mieszanki firmowej korektora ciąg dalszy

„Natomiast bilbord i mielić to już wyrazy całkiem poprawne” – napisałem w poprzednim fragmencie korektorskiej opowieści w odcinkach. To stwierdzenie słuszne, choć nieco uproszczone, ale tylko odrobinę.

Wielki słownik języka polskiego, chyba najważniejszy obecnie autorytet w dziedzinie akuratnego pisania, który z pewnością warto mieć w domowym komputerze na pasku zakładek (wsjp.pl), informuje, że czasownik mielić to „Nowotwór morfologiczny pochodzenia gwarowego, pochodny od mleć…; zob. mleć”; z kolei pod hasłem billboard, czytamy: „rzadziej bilbord”. W innych słownikach – podobnie: „bilbord, zob. billboard”. Przy czym słownikowy kwalifikator „zob.” oznacza teoretycznie odesłanie do formy lepszej, poprawniejszej. Przyswajanie wyrazów obcych oraz ogólnie ewolucja, a raczej wręcz rewolucja w polskim języku w ostatnich latach następuje jednak tak szybko, że słowniki często nie nadążają z wprowadzaniem uzupełnień i poprawek. Zapewniam więc, że można już zupełnie spokojnie używać wersji spolszczonej bilbord oraz powszechnie stosowanej i aprobowanej formy mielić. Nie tylko w mowie potocznej.

Historia czasownika mleć (a także pleć i słać) jest niezwykle ciekawa. Starsi czytelnicy z pewnością pamiętają, ile wysiłku wkładali nauczyciele, żeby nas nauczyć ekstremalnie trudnej, nietypowej odmiany tych wyrazów. Dziś się okazuje, że próżny to był trud. Jeszcze całkiem niedawno Słownik poprawnej polszczyzny PWN ostrzegał: mleć (nie: mielić), ja mielę, ty mielesz (nie: mielisz), on miele (nie: mieli); my mielemy, wy mielecie, oni mielą; w czasie przeszłym: ja mełłem, ty mełłeś, on mełł; my mełliśmy, wy mełliście, oni mełli. Na naszych oczach ta skomplikowana odmiana odchodzi w przeszłość. Dziś prawie wszyscy rodacy odmieniają czasownik mielić – zepchnąwszy wersję mleć do lamusa – wedle standardowej koniugacji: ja mielę, ty mielisz, on mieli, my mielimy, wy mielicie, oni mielą, a w czasie przeszłym: ja mieliłem (-łam), ty mieliłeś (-łaś), on mielił, my mieliliśmy, mieliłyśmy, wy mieliliście, mieliłyście, oni mielili, one mieliły.

Kto zajrzy do słownika etymologicznego, ten się dowie, że mielić i pielić to były początkowo formy regionalne, mazowieckie, a ponieważ ich odmiana była znacznie mniej kłopotliwa – upowszechniły się w całym kraju i swoje klasyczne, ale znacznie trudniejsze wersje mleć i pleć zmusiły do odwrotu. Nie sposób się nie zgodzić z owym procesem, jeśli się zwróci uwagę i na taki szczegół: jeśliby formę mleć uznać za obowiązującą, a mielić za zabronioną, powinniśmy dziś jeść kotlety mełte, a nie mielone! I to jest moim zdaniem argument decydujący. 😊

Po tym dość skomplikowanym wykładzie pora na krótką serię popularnych błędów z notatnika korektora.

Prosimy o nie palenie i nie picie (alkoholu, w sklepie, w windzie itp.). Mnóstwo tego rodzaju błędów widujemy na rozmaitych tabliczkach. Tymczasem nie z rzeczownikami piszemy RAZEM. Niepalenie, niepicie, nieużywanie (wulgaryzmów), nieotwieranie, nieparkowanie, nieblokowanie (bramy wjazdowej) – właśnie tak to trzeba pisać.

Wewnątrz-zakładowy – to też błąd. To przymiotnik złożony, pisze się zawsze RAZEM: wewnątrzzakładowy, wewnątrzpartyjny, wewnątrzeuropejski itp.

Włanczać, wyłanczać, zakanszać – to byki dość oczywiste i karygodne, ale wciąż się je spotyka. Nie ma tygodnia, żebym któregoś z nich nie poprawiał na: włączać, wyłączać, zakąszać.

Piszemy prawidłowo: jedziemy za granicę, ale wracamy z zagranicy. Zagranica to rzeczownik, oznacza krainę leżącą poza granicą Polski, jeśli więc ktoś przyleciał z USA lub z Londynu, to z zagranicy, ale jeśli po prostu przespacerował się mostem na Odrze i przeszedł z Görlitz do Zgorzelca, można napisać, że przyszedł z zagranicy (= z Niemiec do Polski) lub zza granicy (= przekroczył linię graniczną). To z pozoru dziwna i trudna sprawa, ale kto się chwilkę nad tym zastanowi, szybko zrozumie różnicę. W każdym razie właśnie tak należy pisać te wyrażenia.

Piszemy: na pewno (osobno), ale naprawdę (razem). Wyrażenia przyimkowe to jeden z najtrudniejszych tematów w ortografii. Nawiasem mówiąc – nie tylko polskiej. Podobne problemy mają też inne nacje, np. Niemcy. Ale czy to pocieszające? Nie bardzo.

Mieszanka firmowa, czyli aktualności z monitora korektora

Zanim powstało „mikroprzedsiębiorstwo” pod nazwą Korektor.Opole.Pl, a działo się to prawie jedenaście lat temu, „mikroprzedsiębiorca” piszący ten tekst rozważał inną nazwę firmy, mianowicie: Pogromca Byków, a nawet Ubojnia Byków. Wtedy jednak pewien znajomy żartowniś stwierdził, że firma korektorska powinna się nazywać raczej Pogromca Osłów, no, ale na to nie mogłem się zdecydować – któryż z autorów książki czy choćby artykułu do gazety powierzyłby swoje dzieło pogromcy osłów… Nie znalazłbym zapewne ani jednego klienta.

Poważne argumenty przeważyły więc za obecną formą, neutralną, pozbawioną ryzykownych zwierzęcych odniesień, trochę żałuję jednak owych byków – one zasługują na to, by pojawić się w logo. Efektownie mogłoby takie logo wyglądać, no i oddawałoby istotę rzeczy. Bo praca korektora to zaiste nieustanna walka z bykami. Stworzeniami silnymi, upartymi i trudnymi do okiełznania.

Od trzech dziesięcioleci poprawiam otóż wciąż te same błędy! Owszem, zdarzają się też ciekawsze, subtelniejsze, ale znacznie więcej jest tych oczywistych, tysiące razy omawianych w podręcznikach i wszelkich poradnikach językowych. No tak, ale kto dziś czyta podręczniki i poradniki – wszyscy raczej piszą, a mało kto cokolwiek czyta, nie licząc esemesów, komentarzy na fejsie itp…

Pora na konkrety. Proszę o wybaczenie Czytelników dobrze te sprawy znających i niepopełniających błędów, na które tu narzekam. Zachęcam jednak, by mimo to spojrzeli na poniższą listę. Wynotowałem tu byki napotkane całkiem niedawno w korygowanych książkach i czasopismach. Ich autorzy na ogół piszą dobrze, ładnie stylistycznie i ciekawie. Tymczasem takie im się przydarzyły „kwiatki”.

Na tę chwilę, na ten moment, w chwili obecnej, w dniu dzisiejszym… – to wszystko są określenia złe, schematyczne, pseudomodne i najczęściej całkowicie zbędne, a jeśli jednak potrzebne, należy to sformułować po ludzku, po prostu: w tej chwili, teraz, obecnie, dziś (pisałem tu o tym niedawno, ale oczywiście bez skutku).

Oraz zamiast i. Oczywiście spójnik oraz nie jest zły, pod warunkiem, że się go nie nadużywa. Jeśli wyliczamy jednorodne elementy jakiegoś zbioru, powiedzmy: A, B, C i D, nie zastępujmy spójnika i spójnikiem oraz. Ten drugi rezerwujmy do innych celów, by przyłączyć element innej kategorii. Dobry przykład z gazety: W wiecu wzięli udział znani politycy i ich rodziny, członkowie i sympatycy partii oraz… funkcjonariusze policji.

Cyfry zamiast liczebników: I edycja festiwalu, II stopień podium, 3 dzieci. Zwłaszcza na początku zdania te cyfry, szczególnie rzymskie, są mylące. Bo jak to przeczytać? To nie jest błąd ortograficzny, a jednak tak pisać nie należy. Tymczasem mnóstwo autorów używa cyfr, jakby taki sposób zapisywania liczebników był obowiązkowy. Otóż nie jest! Owszem, nikt nie mówi, że duże, wielocyfrowe liczby trzeba zapisywać słownie, ale zauważmy różnicę! Pierwsza edycja festiwalu, drugi stopień podium, troje dzieci, dwie kobiety, pięciu przyjaciół, Ósmy dzień tygodnia (to nie pomyłka, to tytuł opowiadania Marka Hłaski) – czyż to nie oczywiste, że tak lepiej?

Mi się wydaje… Nie może mi stać na początku zdania! Krótkie formy zaimków, takie jak właśnie mi, ci, mu, go, mogą się pojawić tylko po czasowniku: uwierz mi, daj mu, ufam ci, zbij go.

I na koniec w telegraficznym skrócie: formy błędne i poprawne.

Wychodząc naprzeciw oczekiwań klientów. Powinno być: oczekiwaniom!

Ciężki problem, ciężki orzech do zgryzienia. Źle! Powinno być: trudny problem, twardy orzech.

Użyła jakiś sposobów… – powinno być: jakichś!

Dwoje mężczyzn, oboje kobiet – powinno być oczywiście: dwóch (lub dwu) mężczyzn, dwie kobiety.

Znaczący – to okropne, manieryczne słówko, które tępię bez litości. Prawie zawsze należy je zamienić na znaczny, istotny, duży itp. Znaczący może być uśmiech, grymas, znaczące może być spojrzenie, ale nie wzrost PKB!

Ubierać płaszcz, koszulę, buty. Można ubierać choinkę, ubierać się, ale ubrania i buty się na siebie (lub na kogoś) wkłada.

Najbardziej optymalny – przymiotnik optymalny się nie stopniuje! Coś jest optymalne i koniec, nie może być mniej lub bardziej optymalne. Warto zapamiętać dwa wyrazy należące do tej grupy: minimalny i maksymalny – tych wyrazów też nie da się stopniować, bo byłoby to kompletnie nielogiczne.

Cofać się do tyłu, cofnąć się wstecz – te śmieszne konstrukcje spotyka się dziś rzadziej, ale spadać w dół poprawiam dość często – ten pleonazm pojawił się kiedyś nawet w tekście piosenki, notabene bardzo ładnej.

Mało warty. Źle! Musi być wart! Mało warta, mało warte, ale w rodzaju męskim obowiązuje forma krótsza, bez końcówki: wart. Warto skojarzyć z: Wart Pac pałaca.

Dowodzi temu fakt… – powinno być: dowodzi tego.

Ten pomarańcz (o owocu), ten winogron – powinno być: ta pomarańcza, te winogrona!

Natomiast bilbord i mielić to już wyrazy całkiem poprawne. A jeszcze niedawno wolno było pisać tylko: billboard i mleć. To ciekawa historia, godna obszerniejszego opisania. Może w następnym odcinku.

O mówieniu i pisaniu: co można, co trzeba, a co nie każdemu przystoi

Po pierwsze: warto, a nawet trzeba unikać schematów. Niedawno skończyłem korektę książki, w której większość zdań, które wymyślił autor, miało właśnie taką konstrukcję: zaimek który był wszechobecny. Jeden przykład: Wyobrażał sobie, że spotyka się z gwiazdą, którą widział w teatrze, w którym był w zeszły piątek, która mu się bardzo spodobała. Czytanie takiej książki to katorga, a co dopiero jej korygowanie. Owszem, przekonstruowanie takiego zdania często nie jest łatwe. Czasami trzeba się mocno wysilić, no i mieć trochę fantazji (żeby nie powiedzieć: kreatywności, bo to słowo ostatnio okropnie nadużywane, a nic tak nie szpeci tekstu niż powielanie haseł wyświechtanych, pseudomodnych i pseudouczonych). Nie chodzi tu jednak o unikanie zaimka który za wszelką cenę. Proszę porównać przytoczone zdanie z taką jego wersją: Wyobrażał sobie, że spotyka się z gwiazdą, którą w zeszłą sobotę widział w teatrze, a która mu się szalenie spodobała. Prawda, że zupełnie inaczej? Mimo że też zawiera dwa zaimki, o których tu mowa.

Nie zamierzam się wgłębiać w teorię składni, bo budowa zdań podrzędnie złożonych to sprawa nader skomplikowana i niejedną mądrą księgę o tym napisano. Ważne jest to, żeby nie bać się powtórzeń, ale mocno na nie uważać i tak konstruować zdania, żeby te powtórzone wyrazy były jakby niewidoczne – bo nieschematyczne.

Z unikaniem powtarzania zaimka który wiąże się kolejna kwestia. I tak nam się ten temat rozgałęzia…

Kontrakt, którego jeszcze nie było – czytam tytuł w pewnej gazecie. Źle! Musi być: JAKIEGO jeszcze nie było. Zaimek który i zaimek jaki nie są równoważne! Różnią się niuansami, ale czasami w sposób bardzo istotny. Weźmy na przykład takie zdanie: Zmienia się nasz styl życia, zmienia się też język, jakim się posługujemy. Tu wszystko jest OK. A porównajmy to z innym przykładem: Język polski jest tym językiem, który odziedziczyliśmy po przodkach. I tu też jest pięknie! Czują Państwo tę różnicę między jaki a który? Jest oczywista czy zaledwie subtelna? Warto zapamiętać taki oto duet: ten, który. On podpowiada, na czym polega błąd w pierwszym zdaniu tego akapitu. Przecież to oczywiste, że TEGO konkretnego kontraktu nie mogło jeszcze być, ale podobny – owszem. Dobre są natomiast dwa kolejne zdania, ponieważ język polski to nie jest jakiś przymiot, styl, ale właśnie konkret: ten, jeden jedyny, natomiast sposób mówienia tymże językiem ewoluuje, prawdziwe jest więc stwierdzenie: zmienia się język, jakim się posługujemy (mimo że to wciąż ten sam język polski, co jest stwierdzeniem nieco ryzykownym, ale tego wątku nie będziemy tu rozwijać, może kiedy indziej).

Inny znakomity przykład, z autentycznego postu na Facebooku: Strona internetowa, KTÓRĄ zbudowaliśmy, daje wiele możliwości. Artysta sam uzupełnia dane na swój temat. A wśród nich są m.in.: imię, nazwisko, charakter twórczości, media, JAKIE wykorzystuje, i tematyka, JAKĄ porusza w swoich pracach… Wymarzona ilustracja trudnego tematu z poprzedniego akapitu: strona (która?) – ta konkretna, nasza; media (jakie?) – jakieś, nie chodzi o tytuły, nazwy stron www, lecz o ich charakter, profil; wreszcie tematyka (jaka?) – tu z definicji wiadomo, że chodzi o cechy, przymioty, więc zaimek który nie ma tu czego szukać.

I na koniec temat z ostatniej chwili:

Wygrywam tą pierwszą turę… – był łaskaw zakomunikować tuż po ogłoszeniu pierwszych powyborczych sondaży obecny pan prezydent. I wywołał tą wypowiedzią burzliwą dyskusję na Facebooku. Bo w zasadzie należałoby powiedzieć TĘ pierwszą turę. Ale czy na pewno? Zapytany o podobną kwestię prof. Grzegorz Dąbkowski z UW napisał w poradni – zgodnie z najnowszymi uzgodnieniami na najwyższych szczeblach językoznawczych: „W starannej polszczyźnie powinniśmy pisać i mówić Weź tę książkę. Tradycyjna forma  bywa jednak zastępowana formą . (…) W mowie potocznej jest to dopuszczalne, zwłaszcza w takich, jak podane w pytaniu, potocznych kontekstach: Połóż tą łyżkę. Daj tą skarpetę”.

Ba, ale czy prezydent może mówić językiem potocznym? Czy to w ogóle uchodzi głowie państwa? Oto jest pytanie, ale tego Wasz korektor nie rozstrzygnie na tutejszym blogu. Korektor postanowił odpowiedzieć na Fb iście salomonowo: „Owo nieszczęsne tą turę to naprawdę niewielki błąd (o ile w ogóle błąd), nie warto kopii kruszyć. Mówienie za wszelką cenę i w każdych okolicznościach (podkreślam: mówienie, a nie pisanie, bo to co innego) tę turę, tę książkę, tę bułkę przez bibułkę trąci hiperpoprawnością. Pisać tak trzeba, ale mówić – niekoniecznie. Obyśmy tylko takie mieli w Polsce problemy, byłoby cudownie! Wszystko byśmy sobie wyjaśnili na blogu i byłby spokój”.

Cdn.

Ukryty koszt niskiej jakości tłumaczeń biznesowych

Ponieważ globalne środowisko biznesowe reaguje na zmiany gospodarcze i polityczne na całym świecie, wiele firm chce albo obniżyć koszty, albo przynajmniej ograniczyć wydatki. Często, usługi wykupione takie jak konsultanci, IT i profesjonalne tłumaczenia, są pierwszymi które idą pod nóż. Jednak prawdziwy koszt rezygnacji z takich usług jest często ukryty. 

Jeśli chodzi o tłumaczenie, robienie cięć może oznaczać kilka rzeczy. Niektóre firmy decydują się na tłumaczenie maszynowe zamiast tłumaczenia wykonywanego przez człowieka. Inni wybierają tańsze biura tłumaczeń, które oferują usługi budżetowe ze względu na mniej rygorystyczne procedury kontroli jakości wykonywanej pracy. W przypadku przedsiębiorstwa, o którym mowa, oszczędność jest wyraźnie widoczna w postaci zmniejszenia wydatków. Ale to nie jest pełny obraz…

Badania Komisji Europejskiej dotyczące tłumaczeń i wielojęzyczności mają na celu ilościowe określenie kosztów jakości i kosztów niskiej jakości tłumaczeń. Porównuje użycie tłumaczenia w przypadku operacji wielojęzycznej (w tym przypadku UE) do prowadzenia samochodu. Z pewnością możliwe jest użycie tańszego, gorszej jakości smaru do silnika samochodu, ale samochód nie będzie działał tak dobrze, a długoterminowy koszt może być wyższy niż koszt używania wysokiej jakości smaru od samego początku. 

Dyrekcja Generalna ds. Tłumaczeń Komisji Europejskiej stwierdziła, że ​​niższa jakość tłumaczeń utorowała drogę do zwiększonej liczby wniosków o sprostowanie (żądania sprostowania), utraty reputacji, a nawet zwiększenia możliwości sporów. Wszystkie te czynniki wiążą się z kosztami. Ostatecznie w raporcie Komisji Europejskiej stwierdzono, że zmniejszenie inwestycji w jakość w celu zaoszczędzenia pieniędzy byłoby operacją ryzykowną. 

Chociaż żadna firma nie stoi w obliczu precyzyjnych, rozległych wyzwań tłumaczeniowych, z którymi boryka się Komisja Europejska, zmniejszone wersje ustaleń raportu z pewnością nadal mają zastosowanie. Słaba jakość tłumaczenia dokumentów, takich jak instrukcje obsługi, może prowadzić do konieczności ponownego wydrukowania poprawionych wersji. Źle przetłumaczone wytyczne i ostrzeżenia dotyczące zdrowia i bezpieczeństwa zwiększają możliwość podjęcia działań prawnych. Oba te czynniki mogą potencjalnie zaszkodzić reputacji danej marki i oba mogą skutkować stratą czasu kluczowego personelu na rozwiązywanie pojawiających się problemów, co kosztuje firmę jeszcze więcej pieniędzy. 

Ukryte koszty złej jakości tłumaczeń mogą szybko wzrosnąć. Firmy, które prowadzą działalność za granicą i chcą zaoszczędzić pieniądze, powinny pomyśleć dwukrotnie, zanim dokonają cięcia w usługach tłumaczeniowych