Mieszanki firmowej korektora ciąg dalszy

„Natomiast bilbord i mielić to już wyrazy całkiem poprawne” – napisałem w poprzednim fragmencie korektorskiej opowieści w odcinkach. To stwierdzenie słuszne, choć nieco uproszczone, ale tylko odrobinę.

Wielki słownik języka polskiego, chyba najważniejszy obecnie autorytet w dziedzinie akuratnego pisania, który z pewnością warto mieć w domowym komputerze na pasku zakładek (wsjp.pl), informuje, że czasownik mielić to „Nowotwór morfologiczny pochodzenia gwarowego, pochodny od mleć…; zob. mleć”; z kolei pod hasłem billboard, czytamy: „rzadziej bilbord”. W innych słownikach – podobnie: „bilbord, zob. billboard”. Przy czym słownikowy kwalifikator „zob.” oznacza teoretycznie odesłanie do formy lepszej, poprawniejszej. Przyswajanie wyrazów obcych oraz ogólnie ewolucja, a raczej wręcz rewolucja w polskim języku w ostatnich latach następuje jednak tak szybko, że słowniki często nie nadążają z wprowadzaniem uzupełnień i poprawek. Zapewniam więc, że można już zupełnie spokojnie używać wersji spolszczonej bilbord oraz powszechnie stosowanej i aprobowanej formy mielić. Nie tylko w mowie potocznej.

Historia czasownika mleć (a także pleć i słać) jest niezwykle ciekawa. Starsi czytelnicy z pewnością pamiętają, ile wysiłku wkładali nauczyciele, żeby nas nauczyć ekstremalnie trudnej, nietypowej odmiany tych wyrazów. Dziś się okazuje, że próżny to był trud. Jeszcze całkiem niedawno Słownik poprawnej polszczyzny PWN ostrzegał: mleć (nie: mielić), ja mielę, ty mielesz (nie: mielisz), on miele (nie: mieli); my mielemy, wy mielecie, oni mielą; w czasie przeszłym: ja mełłem, ty mełłeś, on mełł; my mełliśmy, wy mełliście, oni mełli. Na naszych oczach ta skomplikowana odmiana odchodzi w przeszłość. Dziś prawie wszyscy rodacy odmieniają czasownik mielić – zepchnąwszy wersję mleć do lamusa – wedle standardowej koniugacji: ja mielę, ty mielisz, on mieli, my mielimy, wy mielicie, oni mielą, a w czasie przeszłym: ja mieliłem (-łam), ty mieliłeś (-łaś), on mielił, my mieliliśmy, mieliłyśmy, wy mieliliście, mieliłyście, oni mielili, one mieliły.

Kto zajrzy do słownika etymologicznego, ten się dowie, że mielić i pielić to były początkowo formy regionalne, mazowieckie, a ponieważ ich odmiana była znacznie mniej kłopotliwa – upowszechniły się w całym kraju i swoje klasyczne, ale znacznie trudniejsze wersje mleć i pleć zmusiły do odwrotu. Nie sposób się nie zgodzić z owym procesem, jeśli się zwróci uwagę i na taki szczegół: jeśliby formę mleć uznać za obowiązującą, a mielić za zabronioną, powinniśmy dziś jeść kotlety mełte, a nie mielone! I to jest moim zdaniem argument decydujący. 😊

Po tym dość skomplikowanym wykładzie pora na krótką serię popularnych błędów z notatnika korektora.

Prosimy o nie palenie i nie picie (alkoholu, w sklepie, w windzie itp.). Mnóstwo tego rodzaju błędów widujemy na rozmaitych tabliczkach. Tymczasem nie z rzeczownikami piszemy RAZEM. Niepalenie, niepicie, nieużywanie (wulgaryzmów), nieotwieranie, nieparkowanie, nieblokowanie (bramy wjazdowej) – właśnie tak to trzeba pisać.

Wewnątrz-zakładowy – to też błąd. To przymiotnik złożony, pisze się zawsze RAZEM: wewnątrzzakładowy, wewnątrzpartyjny, wewnątrzeuropejski itp.

Włanczać, wyłanczać, zakanszać – to byki dość oczywiste i karygodne, ale wciąż się je spotyka. Nie ma tygodnia, żebym któregoś z nich nie poprawiał na: włączać, wyłączać, zakąszać.

Piszemy prawidłowo: jedziemy za granicę, ale wracamy z zagranicy. Zagranica to rzeczownik, oznacza krainę leżącą poza granicą Polski, jeśli więc ktoś przyleciał z USA lub z Londynu, to z zagranicy, ale jeśli po prostu przespacerował się mostem na Odrze i przeszedł z Görlitz do Zgorzelca, można napisać, że przyszedł z zagranicy (= z Niemiec do Polski) lub zza granicy (= przekroczył linię graniczną). To z pozoru dziwna i trudna sprawa, ale kto się chwilkę nad tym zastanowi, szybko zrozumie różnicę. W każdym razie właśnie tak należy pisać te wyrażenia.

Piszemy: na pewno (osobno), ale naprawdę (razem). Wyrażenia przyimkowe to jeden z najtrudniejszych tematów w ortografii. Nawiasem mówiąc – nie tylko polskiej. Podobne problemy mają też inne nacje, np. Niemcy. Ale czy to pocieszające? Nie bardzo.

Mieszanka firmowa, czyli aktualności z monitora korektora

Zanim powstało „mikroprzedsiębiorstwo” pod nazwą Korektor.Opole.Pl, a działo się to prawie jedenaście lat temu, „mikroprzedsiębiorca” piszący ten tekst rozważał inną nazwę firmy, mianowicie: Pogromca Byków, a nawet Ubojnia Byków. Wtedy jednak pewien znajomy żartowniś stwierdził, że firma korektorska powinna się nazywać raczej Pogromca Osłów, no, ale na to nie mogłem się zdecydować – któryż z autorów książki czy choćby artykułu do gazety powierzyłby swoje dzieło pogromcy osłów… Nie znalazłbym zapewne ani jednego klienta.

Poważne argumenty przeważyły więc za obecną formą, neutralną, pozbawioną ryzykownych zwierzęcych odniesień, trochę żałuję jednak owych byków – one zasługują na to, by pojawić się w logo. Efektownie mogłoby takie logo wyglądać, no i oddawałoby istotę rzeczy. Bo praca korektora to zaiste nieustanna walka z bykami. Stworzeniami silnymi, upartymi i trudnymi do okiełznania.

Od trzech dziesięcioleci poprawiam otóż wciąż te same błędy! Owszem, zdarzają się też ciekawsze, subtelniejsze, ale znacznie więcej jest tych oczywistych, tysiące razy omawianych w podręcznikach i wszelkich poradnikach językowych. No tak, ale kto dziś czyta podręczniki i poradniki – wszyscy raczej piszą, a mało kto cokolwiek czyta, nie licząc esemesów, komentarzy na fejsie itp…

Pora na konkrety. Proszę o wybaczenie Czytelników dobrze te sprawy znających i niepopełniających błędów, na które tu narzekam. Zachęcam jednak, by mimo to spojrzeli na poniższą listę. Wynotowałem tu byki napotkane całkiem niedawno w korygowanych książkach i czasopismach. Ich autorzy na ogół piszą dobrze, ładnie stylistycznie i ciekawie. Tymczasem takie im się przydarzyły „kwiatki”.

Na tę chwilę, na ten moment, w chwili obecnej, w dniu dzisiejszym… – to wszystko są określenia złe, schematyczne, pseudomodne i najczęściej całkowicie zbędne, a jeśli jednak potrzebne, należy to sformułować po ludzku, po prostu: w tej chwili, teraz, obecnie, dziś (pisałem tu o tym niedawno, ale oczywiście bez skutku).

Oraz zamiast i. Oczywiście spójnik oraz nie jest zły, pod warunkiem, że się go nie nadużywa. Jeśli wyliczamy jednorodne elementy jakiegoś zbioru, powiedzmy: A, B, C i D, nie zastępujmy spójnika i spójnikiem oraz. Ten drugi rezerwujmy do innych celów, by przyłączyć element innej kategorii. Dobry przykład z gazety: W wiecu wzięli udział znani politycy i ich rodziny, członkowie i sympatycy partii oraz… funkcjonariusze policji.

Cyfry zamiast liczebników: I edycja festiwalu, II stopień podium, 3 dzieci. Zwłaszcza na początku zdania te cyfry, szczególnie rzymskie, są mylące. Bo jak to przeczytać? To nie jest błąd ortograficzny, a jednak tak pisać nie należy. Tymczasem mnóstwo autorów używa cyfr, jakby taki sposób zapisywania liczebników był obowiązkowy. Otóż nie jest! Owszem, nikt nie mówi, że duże, wielocyfrowe liczby trzeba zapisywać słownie, ale zauważmy różnicę! Pierwsza edycja festiwalu, drugi stopień podium, troje dzieci, dwie kobiety, pięciu przyjaciół, Ósmy dzień tygodnia (to nie pomyłka, to tytuł opowiadania Marka Hłaski) – czyż to nie oczywiste, że tak lepiej?

Mi się wydaje… Nie może mi stać na początku zdania! Krótkie formy zaimków, takie jak właśnie mi, ci, mu, go, mogą się pojawić tylko po czasowniku: uwierz mi, daj mu, ufam ci, zbij go.

I na koniec w telegraficznym skrócie: formy błędne i poprawne.

Wychodząc naprzeciw oczekiwań klientów. Powinno być: oczekiwaniom!

Ciężki problem, ciężki orzech do zgryzienia. Źle! Powinno być: trudny problem, twardy orzech.

Użyła jakiś sposobów… – powinno być: jakichś!

Dwoje mężczyzn, oboje kobiet – powinno być oczywiście: dwóch (lub dwu) mężczyzn, dwie kobiety.

Znaczący – to okropne, manieryczne słówko, które tępię bez litości. Prawie zawsze należy je zamienić na znaczny, istotny, duży itp. Znaczący może być uśmiech, grymas, znaczące może być spojrzenie, ale nie wzrost PKB!

Ubierać płaszcz, koszulę, buty. Można ubierać choinkę, ubierać się, ale ubrania i buty się na siebie (lub na kogoś) wkłada.

Najbardziej optymalny – przymiotnik optymalny się nie stopniuje! Coś jest optymalne i koniec, nie może być mniej lub bardziej optymalne. Warto zapamiętać dwa wyrazy należące do tej grupy: minimalny i maksymalny – tych wyrazów też nie da się stopniować, bo byłoby to kompletnie nielogiczne.

Cofać się do tyłu, cofnąć się wstecz – te śmieszne konstrukcje spotyka się dziś rzadziej, ale spadać w dół poprawiam dość często – ten pleonazm pojawił się kiedyś nawet w tekście piosenki, notabene bardzo ładnej.

Mało warty. Źle! Musi być wart! Mało warta, mało warte, ale w rodzaju męskim obowiązuje forma krótsza, bez końcówki: wart. Warto skojarzyć z: Wart Pac pałaca.

Dowodzi temu fakt… – powinno być: dowodzi tego.

Ten pomarańcz (o owocu), ten winogron – powinno być: ta pomarańcza, te winogrona!

Natomiast bilbord i mielić to już wyrazy całkiem poprawne. A jeszcze niedawno wolno było pisać tylko: billboard i mleć. To ciekawa historia, godna obszerniejszego opisania. Może w następnym odcinku.

O mówieniu i pisaniu: co można, co trzeba, a co nie każdemu przystoi

Po pierwsze: warto, a nawet trzeba unikać schematów. Niedawno skończyłem korektę książki, w której większość zdań, które wymyślił autor, miało właśnie taką konstrukcję: zaimek który był wszechobecny. Jeden przykład: Wyobrażał sobie, że spotyka się z gwiazdą, którą widział w teatrze, w którym był w zeszły piątek, która mu się bardzo spodobała. Czytanie takiej książki to katorga, a co dopiero jej korygowanie. Owszem, przekonstruowanie takiego zdania często nie jest łatwe. Czasami trzeba się mocno wysilić, no i mieć trochę fantazji (żeby nie powiedzieć: kreatywności, bo to słowo ostatnio okropnie nadużywane, a nic tak nie szpeci tekstu niż powielanie haseł wyświechtanych, pseudomodnych i pseudouczonych). Nie chodzi tu jednak o unikanie zaimka który za wszelką cenę. Proszę porównać przytoczone zdanie z taką jego wersją: Wyobrażał sobie, że spotyka się z gwiazdą, którą w zeszłą sobotę widział w teatrze, a która mu się szalenie spodobała. Prawda, że zupełnie inaczej? Mimo że też zawiera dwa zaimki, o których tu mowa.

Nie zamierzam się wgłębiać w teorię składni, bo budowa zdań podrzędnie złożonych to sprawa nader skomplikowana i niejedną mądrą księgę o tym napisano. Ważne jest to, żeby nie bać się powtórzeń, ale mocno na nie uważać i tak konstruować zdania, żeby te powtórzone wyrazy były jakby niewidoczne – bo nieschematyczne.

Z unikaniem powtarzania zaimka który wiąże się kolejna kwestia. I tak nam się ten temat rozgałęzia…

Kontrakt, którego jeszcze nie było – czytam tytuł w pewnej gazecie. Źle! Musi być: JAKIEGO jeszcze nie było. Zaimek który i zaimek jaki nie są równoważne! Różnią się niuansami, ale czasami w sposób bardzo istotny. Weźmy na przykład takie zdanie: Zmienia się nasz styl życia, zmienia się też język, jakim się posługujemy. Tu wszystko jest OK. A porównajmy to z innym przykładem: Język polski jest tym językiem, który odziedziczyliśmy po przodkach. I tu też jest pięknie! Czują Państwo tę różnicę między jaki a który? Jest oczywista czy zaledwie subtelna? Warto zapamiętać taki oto duet: ten, który. On podpowiada, na czym polega błąd w pierwszym zdaniu tego akapitu. Przecież to oczywiste, że TEGO konkretnego kontraktu nie mogło jeszcze być, ale podobny – owszem. Dobre są natomiast dwa kolejne zdania, ponieważ język polski to nie jest jakiś przymiot, styl, ale właśnie konkret: ten, jeden jedyny, natomiast sposób mówienia tymże językiem ewoluuje, prawdziwe jest więc stwierdzenie: zmienia się język, jakim się posługujemy (mimo że to wciąż ten sam język polski, co jest stwierdzeniem nieco ryzykownym, ale tego wątku nie będziemy tu rozwijać, może kiedy indziej).

Inny znakomity przykład, z autentycznego postu na Facebooku: Strona internetowa, KTÓRĄ zbudowaliśmy, daje wiele możliwości. Artysta sam uzupełnia dane na swój temat. A wśród nich są m.in.: imię, nazwisko, charakter twórczości, media, JAKIE wykorzystuje, i tematyka, JAKĄ porusza w swoich pracach… Wymarzona ilustracja trudnego tematu z poprzedniego akapitu: strona (która?) – ta konkretna, nasza; media (jakie?) – jakieś, nie chodzi o tytuły, nazwy stron www, lecz o ich charakter, profil; wreszcie tematyka (jaka?) – tu z definicji wiadomo, że chodzi o cechy, przymioty, więc zaimek który nie ma tu czego szukać.

I na koniec temat z ostatniej chwili:

Wygrywam tą pierwszą turę… – był łaskaw zakomunikować tuż po ogłoszeniu pierwszych powyborczych sondaży obecny pan prezydent. I wywołał tą wypowiedzią burzliwą dyskusję na Facebooku. Bo w zasadzie należałoby powiedzieć TĘ pierwszą turę. Ale czy na pewno? Zapytany o podobną kwestię prof. Grzegorz Dąbkowski z UW napisał w poradni – zgodnie z najnowszymi uzgodnieniami na najwyższych szczeblach językoznawczych: „W starannej polszczyźnie powinniśmy pisać i mówić Weź tę książkę. Tradycyjna forma  bywa jednak zastępowana formą . (…) W mowie potocznej jest to dopuszczalne, zwłaszcza w takich, jak podane w pytaniu, potocznych kontekstach: Połóż tą łyżkę. Daj tą skarpetę”.

Ba, ale czy prezydent może mówić językiem potocznym? Czy to w ogóle uchodzi głowie państwa? Oto jest pytanie, ale tego Wasz korektor nie rozstrzygnie na tutejszym blogu. Korektor postanowił odpowiedzieć na Fb iście salomonowo: „Owo nieszczęsne tą turę to naprawdę niewielki błąd (o ile w ogóle błąd), nie warto kopii kruszyć. Mówienie za wszelką cenę i w każdych okolicznościach (podkreślam: mówienie, a nie pisanie, bo to co innego) tę turę, tę książkę, tę bułkę przez bibułkę trąci hiperpoprawnością. Pisać tak trzeba, ale mówić – niekoniecznie. Obyśmy tylko takie mieli w Polsce problemy, byłoby cudownie! Wszystko byśmy sobie wyjaśnili na blogu i byłby spokój”.

Cdn.

Ukryty koszt niskiej jakości tłumaczeń biznesowych

Ponieważ globalne środowisko biznesowe reaguje na zmiany gospodarcze i polityczne na całym świecie, wiele firm chce albo obniżyć koszty, albo przynajmniej ograniczyć wydatki. Często, usługi wykupione takie jak konsultanci, IT i profesjonalne tłumaczenia, są pierwszymi które idą pod nóż. Jednak prawdziwy koszt rezygnacji z takich usług jest często ukryty. 

Jeśli chodzi o tłumaczenie, robienie cięć może oznaczać kilka rzeczy. Niektóre firmy decydują się na tłumaczenie maszynowe zamiast tłumaczenia wykonywanego przez człowieka. Inni wybierają tańsze biura tłumaczeń, które oferują usługi budżetowe ze względu na mniej rygorystyczne procedury kontroli jakości wykonywanej pracy. W przypadku przedsiębiorstwa, o którym mowa, oszczędność jest wyraźnie widoczna w postaci zmniejszenia wydatków. Ale to nie jest pełny obraz…

Badania Komisji Europejskiej dotyczące tłumaczeń i wielojęzyczności mają na celu ilościowe określenie kosztów jakości i kosztów niskiej jakości tłumaczeń. Porównuje użycie tłumaczenia w przypadku operacji wielojęzycznej (w tym przypadku UE) do prowadzenia samochodu. Z pewnością możliwe jest użycie tańszego, gorszej jakości smaru do silnika samochodu, ale samochód nie będzie działał tak dobrze, a długoterminowy koszt może być wyższy niż koszt używania wysokiej jakości smaru od samego początku. 

Dyrekcja Generalna ds. Tłumaczeń Komisji Europejskiej stwierdziła, że ​​niższa jakość tłumaczeń utorowała drogę do zwiększonej liczby wniosków o sprostowanie (żądania sprostowania), utraty reputacji, a nawet zwiększenia możliwości sporów. Wszystkie te czynniki wiążą się z kosztami. Ostatecznie w raporcie Komisji Europejskiej stwierdzono, że zmniejszenie inwestycji w jakość w celu zaoszczędzenia pieniędzy byłoby operacją ryzykowną. 

Chociaż żadna firma nie stoi w obliczu precyzyjnych, rozległych wyzwań tłumaczeniowych, z którymi boryka się Komisja Europejska, zmniejszone wersje ustaleń raportu z pewnością nadal mają zastosowanie. Słaba jakość tłumaczenia dokumentów, takich jak instrukcje obsługi, może prowadzić do konieczności ponownego wydrukowania poprawionych wersji. Źle przetłumaczone wytyczne i ostrzeżenia dotyczące zdrowia i bezpieczeństwa zwiększają możliwość podjęcia działań prawnych. Oba te czynniki mogą potencjalnie zaszkodzić reputacji danej marki i oba mogą skutkować stratą czasu kluczowego personelu na rozwiązywanie pojawiających się problemów, co kosztuje firmę jeszcze więcej pieniędzy. 

Ukryte koszty złej jakości tłumaczeń mogą szybko wzrosnąć. Firmy, które prowadzą działalność za granicą i chcą zaoszczędzić pieniądze, powinny pomyśleć dwukrotnie, zanim dokonają cięcia w usługach tłumaczeniowych

Jak ustrzec się błędów przy przygotowywaniu międzynarodowej strategii marketingowej

Czy jesteś gotowy na międzynarodową ekspansję?

Jeśli Twoja firma już odnosi znaczące sukcesy w jednym kraju, być może nadszedł czas, aby spojrzeć na rynki zagraniczne, aby wprowadzić skokową zmianę w generowaniu przychodów.

Nie ma jednak dwóch takich samych rynków, a kiedy myślisz o kraju, którego języka nie znasz, sprawy mogą być jeszcze bardziej skomplikowane, Co wtedy zrobić? Najlepiej wybrać renomowane biuro tłumaczeń

Do maksymalizacji szansy na sukces ważna jest solidna międzynarodowa strategia marketingowa. Czy jesteś gotowy, aby stworzyć swoją? Ok, więc zaczynajmy. 

Jak zbudować międzynarodową biznesową strategię marketingową 

Marketing Donut w tym artykule na temat dziesięciu sposobów ulepszania międzynarodowej strategii marketingowej podkreśla kluczowe różnice między zwykłą strategią marketingową a strategią dotyczącą operacji międzynarodowych. 

Niektóre elementy twojej strategii będą takie same, na przykład definiowanie celów, określanie, jak zamierzasz je osiągnąć i jakich wskaźników użyjesz do pomiaru sukcesu. Marketing Donut radzi następnie szczegółowo zbadać nowe rynki, aby ustalić ich wielkość, kluczowe czynniki napędzające i prawdopodobieństwo, że dany produkt zostanie pozytywnie odebrany.

Następnie nadszedł czas, aby dostosować strategię marketingową do kontekstu międzynarodowego. Weź pod uwagę wszystko, od lokalnej infrastruktury (kto będzie tam sprzedawał, dostarczał, wytwarzał i w inny sposób był zaangażowany w Twój biznes?) Po zwyczaje, wartości i przekonania, które mogą mieć wpływ na to, jak postrzegany jest Twój produkt i jak popularny może się stać. 

Czy wziąłeś pod uwagę wszystkie powyższe elementy w ramach swojej międzynarodowej strategii marketingowej? Jeśli nie, możesz ograniczać swój potencjał, jeśli chodzi o sprzedaż towarów za granicą. 

Włączanie tłumaczeń do strategii marketingowej 

Jeśli nie znasz języka danego kraju, znajdź przyzwoitą firmę tłumaczeniową do współpracy – i zrób to szybko! 

Zaangażowanie firmy tłumaczeniowej w międzynarodowe przedsięwzięcie marketingowe od samego początku może znacząco zmienić twoje szanse na sukces. Niezależnie od tego, czy badasz lokalne zwyczaje, szukasz informacji na temat preferowanych technik marketingowych na rynku docelowym, czy też prezentujesz informacje o swoim produkcie, kluczową częścią procesu jest posiadanie pod ręką kogoś, kto mówi płynnie w danym języku. 

Dobry tłumacz, który potrafi obsłużyć wszystko, od informacji marketingowych po usługi tłumaczenia stron internetowych, może szybko stać się nieocenioną częścią twojej międzynarodowej strategii marketingowej.

Czy próbowałbyś przygotowywać swoje roczne sprawozdania podatkowe bez pomocy eksperta finansowego? Na pewno nie. To samo dotyczy eksperta – lingwisty.

Profesjonalne biuro tłumaczeń może zająć się obsługą firmy kompleksowo, od wprowadzających wiadomości e-mail, przez opisy marketingowe produktów po instrukcje wyjaśniające działanie produktów i zawierające podstawowe informacje dotyczące zdrowia i bezpieczeństwa. Mogą również pomóc w ustalaniu, co zgodnie z prawem muszą zawierać takie dokumenty na rynku docelowym, zaoszczędzając dużo czasu i potencjalnych kłopotów. Wszystko to oznacza, że taki partner może szybko stać się nieocenioną częścią międzynarodowego zespołu marketingowego. 

Dostęp do wiedzy o lokalizacji

Wielu ekspertów językowych może również pomóc, dzieląc się swoją wiedzą na temat lokalnych zwyczajów, zwyczajów zakupowych, korzystania z mediów społecznościowych i wielu innych specyficznych rzeczy. Są to szczegóły, które mogą mieć duży wpływ na sposób nawiązywania kontaktu z lokalnymi klientami oraz ich zaangażowanie w Twój produkt i markę. 

Wykorzystanie lokalnej wiedzy we właściwy sposób może ostatecznie zwiększyć wyniki sprzedaży i poprawić reputację marki.

Czy masz już dostęp do takiej specjalistycznej wiedzy? Jeśli nie, czas poświęcić temu odpowiednią uwagę w ramach międzynarodowej strategii marketingowej. 

Korzystanie z usług tłumaczenia ustnego

Podczas gdy wiele potrzeb lingwistycznych można zaspokoić usługami profesjonalnych tłumaczy, bywają sytuacje, w których należy skorzystać z usług tłumaczenia ustnego.

Chodzi o to, że w przypadku tłumaczeń ustnych nie można zadowolić się byle czym – wymagana jest najwyższa jakość. Twój tłumacz staje się jednocześnie twoimi uszami i ustami podczas spotkań z osobami posługującymi się nieznanym ci językiem. Dobry lintwista sprawi, że spotkanie w międzynarodowym gronie przebiegać będzie w przyjaznej atmosferze

Z drugiej strony osoba, której umiejętności językowe nie są wystarczające, może powodować różnego rodzaju problemy, co pokazuje iSpot w odniesieniu do tego niedawnego ogłoszenia AT&T. W tej (na szczęście fikcyjnej) sytuacji złe tłumaczenie ustne całkowicie mija się z celem i znaczeniem spotkania biznesowego. 

Nie ma drugiej szansy na pierwsze wrażenie

Pamiętaj, że międzynarodowa strategia marketingowa powinna być żywym dokumentem, którego używasz i który regularnie aktualizujesz. Bo czy jest jakiś sens napisania czegoś do szuflady?

Budowanie od samego początku elementów związanych z językiem, takich jak tłumaczenie, lokalizacja i interpretacja, pomoże ci dobrze przygotować się do osiągnięcia zamierzonych międzynarodowych celów. 

Warto też pomyśleć w dłuższej perspektywie o językach, których używasz. Na przykład, jeśli tłumaczysz wszystko na hiszpański, aby sprzedawać swoje produkty w Meksyku, dlaczego nie opracować długoterminowej strategii sprzedaży swoich towarów w krajach hiszpańskojęzycznych w całej Ameryce Południowej? W ten sposób możesz uzyskać maksymalny zwrot z usługi, za których profesjonalne tłumaczenie zapłaciłeś. 

Pamiętaj tylko, aby zlokalizować przetłumaczone materiały dla każdego kraju, do którego się wybierasz. Na przykład między hiszpańskim używanym w Meksyku a hiszpańskim w Argentynie istnieją subtelne różnice, więc przed skierowaniem uwagi na Argentynę koniecznie skorzystaj z argentyńskiego korektora, który przejrzy wszystkie materiały marketingowe przygotowane na ekspansję w Meksyku! 

Końcowe przemyślenia

Czy ekscytujesz się myślą o potencjale rynków zagranicznych do rozszerzenia działalności twojej firmy? Jeśli tak, pamiętaj, aby jasno zdefiniować swoją międzynarodową strategię marketingową, aby twoje przedsięwzięcia transgraniczne spełniły twoje oczekiwania. Nigdy nie jest za wcześnie, aby znaleźć odpowiednich specjalistów zajmujących się tłumaczeniami i lokalizacją. 

Zatem: do dzieła!

Jak pisać e-maile podczas pandemii

Pandemia okazała się wyzwaniem także dla wielu osób prowadzących korespondencję w języku angielskim. Dlaczego? Kończenie e-maila zwrotem „All the best” lub „Regards” wydaje się zbyt oderwane od rzeczywistości w tych czasach. Co możemy napisać, żeby brzmiało to szczerze i współczująco?

Prawie nic nie pozostało takie samo, odkąd na świecie szaleje Covid-19 – nawet e-maile. Jak napisała na Twitterze Olivia Allen-Prince, prowadząca podcasty z San Francisco: „2020: rok, w którym mój podpis pod e-mailem zmienił się z »Cheers« na »Hang in there«”. 

Pozdrowienia kiedyś uważane za uprzejme, takie jak „All the best” lub „Regards”, są teraz jakby nie na miejscu. Inne podpisy, bardziej poufałe, takie jak „Hope you’re having a great week!”, wydają się pozbawione emocji. Komunikacja e-mailowa stała się zagadnieniem delikatnym: ignorowanie pandemii wydaje się nieszczere, z kolei przesadzanie z frazesami na temat zdrowia i bezpieczeństwa może wzmóc panikę. Nadal jednak potrzebujemy się komunikować w życiu codziennym zarówno w sprawach zawodowych, jak i osobistych – być może teraz bardziej niż kiedykolwiek. Co tak właściwie możemy napisać, żeby brzmiało prawdziwie i współczująco, ale nie sugerowało nadchodzącej zagłady?

Eksperci twierdzą, że wykorzystanie odpowiednich słów może stworzyć odczucie globalnego koleżeństwa. Ken Tann, wykładowca zarządzania komunikacją na Uniwersytecie w Queensland, mówi, iż pewne specyficzne frazy mogą zyskać wielką popularność. „Poprzez używanie tych fraz wyrażamy współczucie z powodu pandemii i przypominamy sobie wzajemnie, że nie jesteśmy sami” – skonstatował.

Uderzanie we właściwą strunę

Zmiana kilku zwyczajowych słów na początku i na końcu naszych e-maili może się wydawać gestem nieszczerym i niewystarczającym w obliczu globalnej zarazy. Ale jest odwrotnie – mówi Tann: język, którego teraz używamy, ma większe znaczenie niż kiedykolwiek; to niezwykle ważne, aby zasygnalizować sympatię i nawiązać kontakt. I ważne jest też, abyśmy zrobili to właściwie, ponieważ nieporozumienia nie mogą być teraz naprawione osobiście.

„Poprzez dostosowanie naszych pozdrowień i podpisów jesteśmy w stanie efektywnie wzmacniać nasze relacje społeczne” – powiedział Tann. Frazy rozpoczynające i kończące nasze e-maile to kluczowe elementy, które pokazują relacje między nadawcą a odbiorcą. Stają się one – jak to ujmuje – „metodą ustalenia, w jaki sposób chcemy się odnieść do osoby, do której piszemy, pod względem formalności, statusu i znajomości”.

Zdaniem Ardena Clise’a, konsultanta do spraw etykiety z Seattle oraz autora „Szpinaku w zębach twojego szefa” – „Niezbędna etykieta sukcesu zawodowego, nasza komunikacja musi także uwzględniać to, że żyjemy w niezwykłych czasach. Jeśli nie zdajesz sobie sprawy z wyzwań dzisiejszego świata, będzie to wyglądało tak, jakby zależało ci tylko na biznesie”.

Recognition sandwich

Justine Rogers, wykładowczyni etyki i prawa w UNSW w Sydney, zmieniła w swoich e-mailach zarówno wprowadzenia, jak i podpisy, gdy Covid-19 uderzył w Australię. Jej e-maile stały się, jak to ujęła, „a CV19 recognition sandwich”. W takim sandwichu obie kromki chleba odgrywają ważną rolę w tym, jak komunikacja będzie odczytana i interpretowana. 

Według Mike’a Reida, założyciela i dyrektora generalnego Basecamp Strategy, firmy z siedzibą w Waszyngtonie gromadzącej fundusze polityczne, pierwsze zdanie jest najważniejsze. (W rzeczywistości nie zmienił podpisu w żadnym ze swoich komunikatów biznesowych). „W pierwszym zdaniu e-maila musisz uwzględnić swoją troskę: »I hope things are okay, I hope you are well«. Myślę, że może to prowadzić do lepszej, bardziej pozytywnej interakcji”.

Jak mówią eksperci, cuda może zdziałać okazanie troskliwego zainteresowania, ponieważ nie znasz osobistych sytuacji ludzi.

Snezana Pejic, założycielka The Etiquette Academy of New England w Massachusetts, twierdzi, że dzisiejsza komunikacja musi być bardziej empatyczna. „Ludzie są zmęczeni odosobnieniem i lękami: obawy o gospodarkę, obawy o swoje rodziny i ich przyszłość”. Uważa, że musimy używać języka ostrożnie, aby nie zwiększać narastającego stresu. Wcześniej kończyła e-maile zwrotem „Warm Regards”. Teraz, o ile wiadomość nie jest pilna, pisze: „I look forward to your reply at your leisure”. 

Przy okazywaniu empatii konieczna jest ostrożność. „Rzucone na ślepo »Stay safe« brzmi nieuprzejmie” – uprzedza Reid. – „Przecież nie wiem, czy może już mają koronawirusa albo ktoś z ich rodziny”.

Również Justine Rogers unika wszelkich wzmianek o bezpieczeństwie. „Prawnik, z którym prowadzę badania, powiedział kiedyś coś w stylu »Mam nadzieję, że ty i twoja rodzina jesteście bezpieczni«. Kilku moich kolegów także używa podpisu »stay safe«. Odnajduję słowo »safe« jako raczej budzące niepokój, szczególnie kiedy do rodziny nawiązują ludzie, którzy w ogóle nie mają pewności, czy ją w ogóle posiadam”.

Czy żart może leczyć? 

Ponieważ wiele osób ma trudności z komunikacją podczas pandemii koronawirusa, niektórzy sugerują złagodzenie nastroju. American job-seeking website FlexJobs publikuje propozycje trzynastu e-mailowych podpisów z dystansem społecznym. Niektóre brzmią bardziej poważnie, ale inne mają wywołać uśmiech lub przynajmniej utrzymać spokój: „Have a great socially distant day”, „Yours from afar”, „Sent from my living room” i „Cautious cheers”.

Najważniejsze jest to, aby nie używać sformułowań, które mogą sprawić, że osoby zmagające się z koronawirusem poczują się gorzej. Wybieranie nietypowych podpisów lub stworzenie własnego może zdziałać cuda, jeśli jest to zrobione z wyczuciem, eksperci jednak ostrzegają, że zwrot w zakończeniu e-maila nie jest miejscem do lekceważenia globalnego kryzysu. Na przykład „Stay sane” może się wydawać jowialne i beztroskie dla jednego odbiorcy, ale dla drugiego, który czuje się przygnębiony lub ma depresję, będzie wręcz prowokujące. Napisanie „Handwashingly” może wywołać śmiech u tych w dobrym zdrowiu, ale może uderzyć w czułe struny osoby chorej, cierpiącej lub niedawno ozdrowiałej.

„Niezwykle ważne jest zdawanie sobie sprawy z tego, że osoba po drugiej stronie, z którą masz do czynienia, może znajdować się w bardzo poważnej sytuacji” – przypomina Candace Smith, założycielka Candace Smith Etiquette w hrabstwie Orange, Kalifornia. „Dlatego unikaj żartów, chyba że naprawdę dobrze znasz drugą osobę”.

Czy zostało jeszcze coś do powiedzenia?

Jeśli przytłacza Cię nadmiar zalecanych zasad, których należałoby przestrzegać, możesz spróbować czegoś takiego jak: „Sending thoughts of health and peace”, „Take care” lub „Sincerely in these strange Times”. Takie zwroty docierają do każdego, a przy tym nie trzeba się martwić o ryzyko spalania mostów czy zawstydzania siebie.

Bez względu na to, jakiego języka używasz, weź pod uwagę drugą osobę – mówi William Hanson, brytyjski trener etykiety i dyrektor wykonawczy instytutu etykiety The English Manner. Doradza porzucenie standardowych konwersacji e-mailowych na rzecz czegoś bardziej osobistego. „Dopasuj to do odbiorcy – mówi. – Niewielu z nas aktualnie widuje się z taką liczbą osób jak kiedyś. Dlatego właśnie nadanie bardziej osobistego charakteru e-mailom jest ważniejsze niż stosowanie standardowych podpisów”.

O mówieniu i pisaniu: co można, co trzeba, a co nie każdemu przystoi

Po pierwsze: warto, a nawet trzeba unikać schematów. Niedawno skończyłem korektę książki, w której większość zdań, które wymyślił autor, miało właśnie taką konstrukcję: zaimek który był wszechobecny. Jeden przykład: Wyobrażał sobie, że spotyka się z gwiazdą, którą widział w teatrze, w którym był w zeszły piątek, która mu się bardzo spodobała. Czytanie takiej książki to katorga, a co dopiero jej korygowanie. Owszem, przekonstruowanie takiego zdania często nie jest łatwe. Czasami trzeba się mocno wysilić, no i mieć trochę fantazji (żeby nie powiedzieć: kreatywności, bo to słowo ostatnio okropnie nadużywane, a nic tak nie szpeci tekstu niż powielanie haseł wyświechtanych, pseudomodnych i pseudouczonych). Nie chodzi tu jednak o unikanie zaimka który za wszelką cenę. Proszę porównać przytoczone zdanie z taką jego wersją: Wyobrażał sobie, że spotyka się z gwiazdą, którą w zeszłą sobotę widział w teatrze, a która mu się szalenie spodobała. Prawda, że zupełnie inaczej? Mimo że też zawiera dwa zaimki, o których tu mowa.

Nie zamierzam się wgłębiać w teorię składni, bo budowa zdań podrzędnie złożonych to sprawa nader skomplikowana i niejedną mądrą księgę o tym napisano. Ważne jest to, żeby nie bać się powtórzeń, ale mocno na nie uważać i tak konstruować zdania, żeby te powtórzone wyrazy były jakby niewidoczne – bo nieschematyczne.

Z unikaniem powtarzania zaimka który wiąże się kolejna kwestia. I tak nam się ten temat rozgałęzia…

Kontrakt, którego jeszcze nie było – czytam tytuł w pewnej gazecie. Źle! Musi być: JAKIEGO jeszcze nie było. Zaimek który i zaimek jaki nie są równoważne! Różnią się niuansami, ale czasami w sposób bardzo istotny. Weźmy na przykład takie zdanie: Zmienia się nasz styl życia, zmienia się też język, jakim się posługujemy. Tu wszystko jest OK. A porównajmy to z innym przykładem: Język polski jest tym językiem, który odziedziczyliśmy po przodkach. I tu też jest pięknie! Czują Państwo tę różnicę między jaki a który? Jest oczywista czy zaledwie subtelna? Warto zapamiętać taki oto duet: ten, który. On podpowiada, na czym polega błąd w pierwszym zdaniu tego akapitu. Przecież to oczywiste, że TEGO konkretnego kontraktu nie mogło jeszcze być, ale podobny – owszem. Dobre są natomiast dwa kolejne zdania, ponieważ język polski to nie jest jakiś przymiot, styl, ale właśnie konkret: ten, jeden jedyny, natomiast sposób mówienia tymże językiem ewoluuje, prawdziwe jest więc stwierdzenie: zmienia się język, jakim się posługujemy (mimo że to wciąż ten sam język polski, co jest stwierdzeniem nieco ryzykownym, ale tego wątku nie będziemy tu rozwijać, może kiedy indziej).

Inny znakomity przykład, z autentycznego postu na Facebooku: Strona internetowa, KTÓRĄ zbudowaliśmy, daje wiele możliwości. Artysta sam uzupełnia dane na swój temat. A wśród nich są m.in.: imię, nazwisko, charakter twórczości, media, JAKIE wykorzystuje, i tematyka, JAKĄ porusza w swoich pracach… Wymarzona ilustracja trudnego tematu z poprzedniego akapitu: strona (która?) – ta konkretna, nasza; media (jakie?) – jakieś, nie chodzi o tytuły, nazwy stron www, lecz o ich charakter, profil; wreszcie tematyka (jaka?) – tu z definicji wiadomo, że chodzi o cechy, przymioty, więc zaimek który nie ma tu czego szukać.

I na koniec temat z ostatniej chwili:

Wygrywam tą pierwszą turę… – był łaskaw zakomunikować tuż po ogłoszeniu pierwszych powyborczych sondaży obecny pan prezydent. I wywołał tą wypowiedzią burzliwą dyskusję na Facebooku. Bo w zasadzie należałoby powiedzieć TĘ pierwszą turę. Ale czy na pewno? Zapytany o podobną kwestię prof. Grzegorz Dąbkowski z UW napisał w poradni – zgodnie z najnowszymi uzgodnieniami na najwyższych szczeblach językoznawczych: „W starannej polszczyźnie powinniśmy pisać i mówić Weź tę książkę. Tradycyjna forma  bywa jednak zastępowana formą . (…) W mowie potocznej jest to dopuszczalne, zwłaszcza w takich, jak podane w pytaniu, potocznych kontekstach: Połóż tą łyżkę. Daj tą skarpetę”.

Ba, ale czy prezydent może mówić językiem potocznym? Czy to w ogóle uchodzi głowie państwa? Oto jest pytanie, ale tego Wasz korektor nie rozstrzygnie na tutejszym blogu. Korektor postanowił odpowiedzieć na Fb iście salomonowo: „Owo nieszczęsne tą turę to naprawdę niewielki błąd (o ile w ogóle błąd), nie warto kopii kruszyć. Mówienie za wszelką cenę i w każdych okolicznościach (podkreślam: mówienie, a nie pisanie, bo to co innego) tę turę, tę książkę, tę bułkę przez bibułkę trąci hiperpoprawnością. Pisać tak trzeba, ale mówić – niekoniecznie. Obyśmy tylko takie mieli w Polsce problemy, byłoby cudownie! Wszystko byśmy sobie wyjaśnili na blogu i byłby spokój”.

Cdn.